poniedziałek, 13 lutego 2017

Zapomniane bitwy...

Heyka!

Robiąc porządki na dysku znalazłem stary katalog ze zdjęciami bitew, które rozegraliśmy już dość dawno temu, ale do tej pory nie doczekały się raportów na Blogu.
Mało tego! W 2015 roku (bardziej konkretnie- tutaj) odgrażałem się że ta konkretna bitwa pójdzie na bloga! A nie poszła...
Trzeba naprawić ten mały błąd!


 Więc na sam początek - Werter. Bitwy z Werterem to takie małe jednorożce, każdy o nich słyszał ale niewielu widziało. Więc jak tylko udało mi się go wreszcie zmusić go do zagrania w Bolta musiałem to udokumentować fotograficznie. Żebym miał dowód, że w ogóle się odbyła. I dobrze, że je zrobiłem, bo taka okazja już się od tego pamiętnego dnia nie powtórzyła! A był to wrzesień 2015!!!
Tak tak WERCIU nie graliśmy razem w bolta od 2 lat!


Oczywiście po tak długim czasie jaki minął od tego wiekopomnego wydarzenia nie pamiętam żadnych szczegółów bitwy to jednak zdjęcia wyszły fajnie i chętnie wrzucę je tutaj, na bloga.


Armia Wetera.
Opisuję wyłącznie na podstawie zdjęć Zupełnie nie pamiętam na ile punktów się wystawialiśmy. Tym bardziej nie pamiętam dokładnych rozpisek. Ale mieliśmy raczej zachowany WYSIWYG. A wiec na pewno był tam Stug , trzy oddziały grenadierów, średni moździerz, MMG, snajperzy, dowódca.


U mnie Sowiecki standard: Dowódca,  dwa oddziały gwardyjskie – pomieszane pepesze z riflami do tego LMG i pancerfausty. Jeden oddział SMG, jeden darmowy rifle squad T34/76 i działo zis-3. Do tego dwa anti-tank rifle i snajperzy.


Zupełnie nie pamiętam o co walczyliśmy. Celem mogły być dwa budynki w centrum, ale bardziej prawdopodobnie - biorąc pod uwagę ruchy Wertera - graliśmy po prostu Maximum Attrition ze starego podręcznika.
Moje wystawienie na zdjęciu powyżej. Środek pola obsadzony przez oddziały gwardyjskie, wspierane przez T34. Od lewej działo Zis-3 z maksymalnym polem ostrzału, oraz zabezpieczający lewą flankę radzieccy chłopcy z poboru - darmowy oddział niedoświadczonej piechoty. Snajperzy szukający wrogich MMG i moździerza bliżej środka za łanem zboża.
Prawa flanka w gotowości do natarcia - Pepesze załadowane i gotowe do boju. Ich natarcie miały wspierać karabiny przeciwpancerne, a Starszy Lojtnant Ławrow miał trzymać ludzi w kupie.


Werter na środku pola wystawił Stuga. To była jedna z naszych pierwszych bitew w Bolt Action, a Werter chyba uległ niemieckiej propagandzie, o wyższości niemieckich pancerzy nad rosyjskim sprzętem, bo Stug nie dostał żadnej osłony! Za to, przyszły wrak niemieckiego niszczyciela czołgów, miał posłużyć za osłonę niemieckiemu MMG. Moździerz bardziej zachowawczo postanowił poszukać osłony w pobliskich ruinach. Od lewej wspierał ich oddział grenadierów.

 
Środek miał zatrzymać wrogie uderzenie ale to prawa flanka Wertera szykowała się do natarcia. Trzy oddziały niemieckich grenadierów, wsparte snajperami, mając dowódcę za plecami, postawione zostały na wprost 12 niedoświadczonych chłopów z uralu. Przed sobą sporo osłon, ani grama otwartej przestrzeni... Co mogłoby pójść nie tak?


Armie ruszyły do boju. Obsługa MG42 Wertera stwierdziła, że jednak nie do końca  przemyślała kwestię pozycji początkowej. Postanowiła przemieścić się do ruin, i rozłożyć w kierunku środka pola. Jednak ruch ten zauważyli rosyjscy snajperzy. Po tym jak głowa dowódcy oddziału eksplodowała, trafiona precyzyjnym pociskiem z Mosina, ładowniczy i asystent strzelca podziękowali uprzejmie - "Danke Schon" - po czym grzecznie dodali: "Auf Wiedersehen" i tyle ich widzieli. 


Jednak w pierwszej turze najciekawszy był pojedynek artyleryjsko czołgowy. Środek pola zgęstniał od wysoko-kalibrowych pocisków lecących w obie strony. Jednak strzały były albo niecelne albo odbijały się od pancerzy. Piechota ruszyła do ataku. Zgodnie z moim planem oddział SMG ruszył pędem w kierunku pobliskich budynków, gdy gwardziści zabezpieczali środek pola.
Zgodnie z planem Wertera Niemcy zdominowali las na mojej lewej flance i przygwoździli chłopów z uralu na skraju pola zboża.


W tej właśnie chwili zdałem sobie sprawę, że moja lewa flanka nie utrzyma się długo. Na pomoc rzuciłem wszystko co miałem w środku pola. Były to trochę desperackie próby. Odległość była spora a w środku w dalszym ciągu znajdował się Stug i oddział grenadierów, który ostrzeliwał moje pozycje. Co gorsze moździerz coraz bardziej wstrzeliwał się w moje pozycje.


Niemcy szykowali się do szturmu. Następna w kolejce była moja armata. Obsługa ZIS-a Była zbyt skoncentrowana na Stugu, żeby zauważyć zagrożenie. Raz za razem ładowała pocisk przeciwpancerny i posyłała go w generalnym kierunku wrogiej maszyny pudłując raz za razem. Na szczęście T34 wykazał się większą skutecznością i udało mu się "wstrząsnąć" załogą Stuga.  


Wert skupiony na planowaniu ataku z mojej lewej strony zapomniał o jednym drobnym szczególe.


O jedenastu dzielnych synach matuli Rosyji, którzy niezmordowanie parli do przodu przez łany zboża. Zaryzykowałem i wystawiłem ich na ewentualny ostrzał Niemców w następnej turze!


Nagle pojedynek między czołgami nie był już najpilniejszą sprawą na stole! Wylosowaliśmy pierwszą kostkę trzeciej tury...
Była czerwona! Mój ryzykowny manewr opłacił się. Pepesze ustawione na ogień ciągły, z najbliższej możliwej odległości, nie dały grenadierom żadnej szansy.


Dowódca T34 zauważył wyłom w szeregach wroga i ryzykownym manewrem, wystawiając się na strzał, wjechał w sam środek bitwy. Celem był atak na grenadierów w lesie aby ulżyć trochę lewej flance. W międzyczasie ZIS-3 po raz kolejny zrykoszetował od pancerza  Stuga. Hmmm a może te opowieści o wyższości niemieckiego pancerza to nie była propaganda?!?


Jeden z oddziałów niemieckich pod ostrzałem czterech gwardyjskich LMG, postanowił odskoczyć w las. Ale dwa pozostałe oddziały w dalszym ciągu szykowały się do szturmu.  


W tym momencie obsługa Zis-a popisała się pierwszym precyzyjnym strzałem bitwy!


Stug stanął w płomieniach! Zwycięstwo Rosjan było o krok...
Niemcy widząc, że zwycięstwo wymyka im się z rąk ruszyli do ataku. Chłopy z uralu mieli być łatwą zdobyczą. Jednak stawili zaciekły opór i drogo sprzedali swoją skórę!


Snajperzy ruszyli im na pomoc jednak i oni polegli.


I dopiero zmasowany ostrzał dwóch oddziałów gwardii przerwał dobrą passę Niemców. T34 spełnił swoją rolę eliminując tylni oddział Grenadierów.


Z potężnej Niemieckiej armii pozostały jedynie niedobitki.


Ukryci w lesie Grenadierzy, pozbawieni szans na zwycięstwo, widząc zwracające się w ich kierunku lufy rosyjskich automatów, krzyknęli - "Nicht Schießen!!!" "Hitler Kaputt!!!"



I było po bitwie.


Wert - dzięki za grę. Dwa lata się zbierałem żeby to opisać. :-) Mam nadzieję że wywołany do tablicy stawisz mi czoła w najbliższym czasie i że będzie to godny rewanż!

Pozdro!

niedziela, 12 lutego 2017

TALISMAN - Rodzinnie

Heyka!

Blog powoli zmienia się z bitewnego na planszowy. Ale co mi tam. Skoro ostatnio więcej gram w planszówki to niech tak będzie!
Na wstępie chciałbym jeszcze podziękować wszystkim, którzy dodali swoje komentarze pod ostatnimi postami. Każdy wpis mobilizuje mnie do dalszych publikacji, więc jeżeli podoba Ci się to co widzisz, to zachęcam do zostawienia po sobie śladu w komentarzach. A jeżeli coś Ci się nie podoba, to i krytyka jest mile widziana. Nie da się poprawić bloga, jeżeli wszyscy tylko cię chwalą.

A z innej parafii, to pojawił się komentarz pod postem do Epica 40K który publikowałem jakieś dwa lata temu. Komentarz trochę spóźniony, ale napisałem do Majkiego:

"Hey! Dostaliśmy komentarz pod naszą bitwą w EPICA
Koleś się spóźnił jakieś dwa lata...
Dwa lata? Hmmm może pora żeby odkurzyć figurki?
Co ty na to? Częstotliwość - raz na dwa lata - brzmi EPICKO!!! :-)
Prawda?"

Majki odpisał:

"Widziałem i powiem tyle: Wchodzę w to. Jest tylko kwestia terminu."

Więc jest nadzieja na nowy wpis w tym temacie. Tak, że - dzięki AZ. :-)

A teraz pora wrócić do dzisiejszego tematu. TALISMAN!
Środek zimy. Pogoda nas nie rozpieszcza. Dziecko chore. Smog za oknem. Leniwe popołudnie. Wyjść się nie da bo zapalenie ucha to nie przelewki. Co tu robić? A może zerknąć na szafę i zobaczyć co tam zalega pod grubą warstwą kurzu. Szukam, szukam, aż znalazłem - TALISMAN. Ale czy nie za trudne? Na pudełku napisali "AGE NINE TO ADULT" a młody ma dopiero pięć lat. I to jeszcze wersja angielskojęzyczna!
Dobrze, że młody nie umie jeszcze czytać :-) 


Rozkładamy grę!
Ok - nie wiem jak to napisać, bo ostatnio grałem z chłopakami w RELICTA, który pod każdym względem jest lepszy od TALISMANU. Bo i moja wersja to jedno ze starszych wydań (oczywiście nie to najstarsze - to jedno z wznowień). I nie mam żadnych figurek, jedynie kartonowe sylwetki postaci w plastikowych stojakach. I nie kupowałem żadnych dodatków - więc rozgrywka była dość uboga pod względem treści. Ale przez to, a może dzięki temu grało się DOSKONALE!!!


Każdy z rodzinki znalazł tu coś dla siebie. Bo i żona wyglądała na zadowoloną. Pomimo tego, że w grze nie szło jej najlepiej, i jako pierwsza pożegnała się ze swoją postacią początkową. Ale szybko wylosowała nową i kontynuowała rozgrywkę. Żona nie jest hard core-ową fanką fantasy ani tym bardziej gamer-ką. Raczej toleruje ten klimat niż go lubi, więc to, że TALISMAN nie jest osadzony w żadnym konkretnym świecie fantasy, jest dla niej dużą zaletą. Poziom skomplikowania zasad, też bardzo jej odpowiada. Nie jest zbyt skomplikowana i nie za prosta. Najbardziej podobał jej się poziom wydania gry. Doceniła piękną grafikę, solidność i jakość wykonania. 


Młody też cieszył się grą. Bardzo szybko załapał o co chodzi. I z pomocą rodziców dzielnie prowadził swojego Elfa do boju. Byłem zaskoczony jak dobrze odnalazł się w zasadach. Już po chwili wysunął się na prowadzenie. Najbardziej cieszyło go zbieranie złota i wydawanie go na rożne przedmioty dostępne u kupca i na markecie, który wylosował w jednym z lasów. Gdy ja biegałem zmieniony w ropuchę, żona - ledwo żywa - męczyła się z poltergeistem, młody wyposażony w zakupiony przez siebie miecz i tarczę, znalezioną zbroję zbierał fundusze na zakup muła, żeby upchnąć na nim coraz więcej przedmiotów.    


A ja? Ja znalazłem tu nutkę nostalgii. Tęsknoty za młodymi latami, gdzie każdą wolną chwilę spędzało się przy MAGI I MIECZU. Żona była zaskoczona, że z pamięci bez patrzenia mówiłem jaka szansa jest na zdobycie złota w tawernie i jakie ryzyko niesie ze sobą wchodzenie na skały. Nie dziwiła by się gdyby wiedziała ile czasu za młodu spędziłem przy tej grze...  


Żeby nie było za słodko - kilka wad na zakończenie. Po pierwsze - czas rozgrywki. Znowu to samo. Graliśmy bez dodatków, a mimo tego gra zajęła nam jakieś dwie godziny. Po tak długim czasie młody zdążył się już znudzić. Przeprowadził dwa ataki na krainę wewnętrzną, jednak gdy za drugim razem z kopalni wyszedł w tawernie (z krainy wewnętrznej do zewnętrznej) - zrezygnował z dalszej gry. I nie dziwię się mu. Pod koniec też już miałem dość. A nie nudziłem się tak jak przy RELICT-cie bo graliśmy tylko we trójkę i nie trzeba było długo czekać na swoją kolejkę. Napisałem "kilka wad" i "po pierwsze" ale po przemyśleniu i konsultacji z żoną i dzieckiem, doszliśmy do wniosku, że to właściwie jedyna wada rozgrywki.
Z drugiej strony gra, która potrafi utrzymać przy sobie ruchliwego pięciolatka na dwie godziny?!?!
Każdy kto ma kontakt z dziećmi uzna, że lepszej rekomendacji nie potrzeba!

"Super się podobało i były fajne postacie" - Marcinek.

Cóż można powiedzieć więcej... Kto zna - wie. Kto nie zna - niech lepiej kupi i zagra!

Pozdrawiam.

sobota, 4 lutego 2017

Teraz Planszówki!

Heyka!
Pamiętacie taką zabawę przedszkolną?

„Kolana były ? - były!
łokcie były? - były!
to teraz ramiona!
Tańczymy labada labada, labada,
Tańczymy labada, małego walczyka…”

Pewnie że pamiętacie! To ja teraz zapytam:

Bitewniaki były? - były!
RPGi były? – były!
To teraz PLANSZÓWKI!!!




Skąd planszówki? Ano jak przekonaliśmy się ostatnio we własnym gronie – osobie pracującej, ciężko znaleźć czasami wolny wieczór, który mógłby poświęcić na zagranie z kolegami. A znalezienie wspólnego, wolnego wieczoru dla grupy sześciu czy siedmiu osób jest po prostu niewykonalne!
I tak, pomysł na kontynuowanie kampanii RPG, którą opisywałem w poprzednim poście legł niczym Goliat trafiony pociskiem Dawida.
Przetestowaliśmy (na ostro) spotkanie w knajpie – wyszło wspaniale, ale niewiele pamiętam z tamtego wieczoru… Pamiętam tylko że testowaliśmy po kolei – metodycznie – wszystkie drinki z menu… A jak wybór się skończył, kazaliśmy barmanowi wymyślać nowe!
Ech powiem tylko, że żona nie była zachwycona następnego dnia. Na szczęście byliśmy umówieni ze znajomymi z przedszkola młodego. Więc, nic nie mówiąc, widząc że nie podołam, zabrała dziecko i nie było ich pół dnia – a ja mogłem powoli dochodzić do siebie… Złota kobieta! :-)
Taaak. Knajpa - fajna rzecz - ale drogo i niezbyt dobra dla zdrowia, i spokoju małżeńskiego. Zebrać ludzi w jednym terminie – nie podoła. Pozostaje znaleźć coś, co można rozegrać z przyjemnością w jeden wieczór. Znacie coś takiego?



Planszówki.
Mieliśmy już mały romans z planszówkami. Na pierwszy ogień poszedł Zombiecide - Dark Plague. Jako wytrawni gracze złamaliśmy grę już za drugim podejściem! Ale o tym kiedy indziej…

A dzisiaj - Relic FFG, bo o nim będę pisał. To już dość leciwa gierka, ale wczorajszego wieczora miałem przyjemność(?) spotkać się z nim po raz pierwszy w swojej karierze.

Skąd pytajnik przy słowie przyjemność? A to już musicie przeczytać tekst do końca, żeby się tego dowiedzieć, bo zacznę od plusów.


 A pierwszy - największy plus jest taki, że gierka wydana jest na najwyższym poziomie. Piękne grafiki. Figurki – popiersia – dla każdego gracza. Mnóstwo żetonów z twardego kartonu. Obrotowe znaczniki cech dla graczy. Składana plansza z grubego kartonu. No po prostu uczta dla oka. Feeria wzorów i barw. Kilkadziesiąt (kilkaset?) kart w różnych taliach. No po prostu cud miód i orzeszki. Wszystko czego można by było wymagać od gry planszowej - jest!
Znajomy o dźwięcznej ksywie LOBO... (mała dygresja – anegdotka: Lobo siedzi już w pomieszczeniu gdzie graliśmy przychodzi Werter z Tagarem. Wert przedstawia Tagara: „TAGAR – LOBO – LOBO – TAGAR”. Na co chłopaki podają sobie ręce i jeden skromnie mówi: „Pioterk” a drugi odpowiada: „Bartek”… Tia i tyle z ksywek i secret identity… Jakbym widział Supermana z Batmanem – „Clark? – Mów mi Bruce” ) :-)

Dobra wracam do tematu. Lobo zakupił oba wydane zestawy dodatkowe, więc oprócz Terminatora Space Marines, Rouge Tradera i innych agentów Imperium mieliśmy okazję przetestować Berserkera Khorna i Obiekt X – Tyranidzkiego lidera roju genokradów.




Drugi plus – zasady. Pamiętacie Magię i Miecz? Grę na licencji GW wydaną w dawnej Polsce. Jeżeli to czytacie to raczej pamiętacie. Więc jeżeli chodzi o zasady to:
Magia i Miecz = Talisman. A Relict to Talisman na mocnych sterydach! Zamiast jednej talii „przygód” mamy trzy talie do wyboru. (a z dodatkiem – cztery, a nawet pięć licząc Nemezis). Gracze wykonują indywidualne misje, zbiera się przynależności do różnych frakcji, rozbudowany został sposób rozwijania postaci. No po prostu wszystko jest takie samo - tylko lepsze i bardziej rozbudowane. Przy czym core to dalej stary, dobry MiM, więc grając po raz pierwszy, pomimo mnogości zasad nie czuliśmy się zagubieni.
Kolejny plus to świat w którym rozgrywa się gierka – to mroczne uniwersum 40 tysiąclecia z WARHAMMERA 40K. Jako wielki fan tego uniwersum (jeszcze do nie dawna, bo ostatnio wypadłem z obiegu, a wieści na temat nowych dodatków wyglądają niepokojąco - RIP Cadia) umieszczam tą cechę jako plus.   


A wady? No cóż. Do gry jako takiej nie mogę się przyczepić. Ale ja, osobiście, nie bawiłem się dobrze. Jak to? Zapytacie. Chwalisz grę jak burdelmama ulubioną dziewczynę a teraz, że nie bawiłeś się dobrze? Ano tak to, że gra pierwotnie została zaprojektowana na 4 osoby max… A my graliśmy w siedem! Czekanie na swoją kolejkę to czysta nuda. Przy czterech graczach to oczekiwanie jest dużo krótsze - ergo mniej nudy. Ale tutaj grałem postacią, która nie mogła nic robić w fazie przeciwnika, więc dopóki nikt nie walczył z Tyranidami, to po prostu było mi wszystko jedno kto, gdzie, i z kim.
Następna wada. Gra jest czysto losowa. Zero taktyki zero strategii – rzucasz kostką i patrzysz co wypadło. Poturlałeś dobrze - gratulacje! Kostki cię dzisiaj nie lubią? Lepiej idź do domu. Bo nic nie ugrasz. Niby gracze jakaś tam taktykę mogą opracować – różne kolory tali przygód sprawiają, że można w pewnym ograniczonym stopniu kontrolować jak się gra. Ale ja grałem „Nemezis”. Gdzie nie poszedłem, karty ciągnąłem z jednej talii.
Kolejna wada – postać, którą grałem. No właśnie– Osobnik X. Następna porażka. Niby fajna mechanika oparta na sianiu przeciwników dla graczy po całej planszy… Ale przy tylu graczach, raz za razem traciłem wojowników roju, a dobiło mnie, gdy jeden z graczy pociągnął kartę „Burza Osnowy” usuwającą wszystkie karty ze stołu – w tym wszystkich moich sojuszników! Dodam tylko że Obiekt X nie ma żadnych przedmiotów a siłę czerpie tylko z rosnącego w siłę roju Tyranidów. Jedna karta i reset postaci!
Następna sprawa - jej rozwój. Inni gracze muszą usprawniać swoje postacie, żeby na końcu zmierzyć się z wyzwaniami strefy wewnętrznej. A ja – żeby wygrać potrzebowałem zbierać punkty niesławy, które w żaden sposób nie poprawiały mojej postaci. A gra często stawia cię przed wyborem: Ulepsz swoją postać albo dostań punkt niesławy.
Tak, tylko żeby dostawać te punkty, tą postacią musisz atakować innych graczy, a żeby ich atakować musisz się rozwijać równie szybko co oni bo nie dostaniesz następnych punktów… I koło się zamyka! A w ¾ gry, gdy już robi się interesująco – genokradzi porozstawiani na pozycjach rosną w siłę ktoś losuje jedną kartę i reset! Wracasz do punktu wyjścia. 



Jeszcze jedna wada, która niby powinna być zaletą. Dodatki! Tak, zwiększają możliwości gry, dodają nowe opcje, nowe karty, nowe postacie. Ale... Dramatycznie wydłużają czas rozgrywki. Znacie to z MiMa? Mija właśnie piąta godzina grania, a jedna postać utknęła w „Jaskini”, druga stara się o profesje Arcymaga w „Mieście”, trzecia siedzi w „Kosmicznej Otchłani”. I nikt nie pamięta nawet że pierwotnym celem była Korona Władzy. I podobną sytuacje mieliśmy z Relictem. Zaczęliśmy o dwudziestej… O północy, nikt nie był nawet bliski przejścia do strefy wewnętrznej! Jedynie Tagar wykazywał jakąkolwiek ochotę na wygranie rozgrywki, a reszta graczy nawet nie raczyła wejść do strefy środkowej. Większość snuła się bez celu gdzieś po halach Świętej Tery. No i zmusiliśmy Tagara żeby wygrał :-) Gra w której musisz zmusić jednego z graczy żeby wygrał? No właśnie! 

Na szczęście dopisało towarzystwo! Chłopaki jak zwykle nie zawiedli, w pewnym momencie już bolał mnie brzuch, od ciągłych salw śmiechu. Lepsza kiepska gra w doborowym towarzystwie niż najlepsza gra z kiepskimi partnerami! I dlatego właśnie nigdy nie chodzę na żadne turnieje :-) Ci co chodzą wiedzą o co chodzi…
Słówko podsumowania i znikam. Gra, jako pretekst do spotkania i zagrania, nadaje się jak najbardziej. Jest pięknie wydana i ma przemyślane zasady. Jednak bardziej wymagającego gracza odrzuci po pewnym czasie jej całkowita losowość. No i nie mogę jej polecić do grania w większej grupie. Pierwotny limit – cztery osoby max, nie powstał bez powodu. Tyle w temacie RELICTA.

Macie może do polecenia jakieś gry dla 6+ graczy? Planujemy przyjrzeć się Batllestar Galactica i Grze o Tron. Ale może ktoś poleci coś innego w komentarzach?

Pozdrawiam Narka!

środa, 25 stycznia 2017

A w RPG bawimy się TAK!

Heyka!



Jakbyście mieli za dużo wolnego czasu to poniżej przedstawiam Wam wprowadzenie do sesji RPG, które prowadziłem pod koniec grudnia. Większość z Was już czytała ale wrzucam bo takie teksty lubią mi się gubić a jak już poświęciłem trochę czasu na napisanie to fajnie by to było przeczytać sobie po latach :-)
Pomiędzy rozdziałem pierwszym a drugim była sesja… A co na sesji się działo to wiedzą ci co byli :-)
Enjoy!


Wprowadzenie
Altdorf, środek jesieni. Od tygodnia pada deszcz. Widzący wieszczą koniec świata. Stare kurwy nie chcą zdychać, a młode dostały trypla i teraz połowa męskiej populacji notorycznie drapie się po jajach. Piwo w lokalnym wyszynku skisło i jest jeszcze paskudniejsze niż zazwyczaj. Pieniądze z ostatniej pracy zaczynają się kończyć. Ludzie z dzielnicy zaczynają znikać. Na północy źle się dzieje.  Wojsko zaczęło agresywną rekrutację„Ojczyźnie trzeba dziś świeżej krwi – Marynarzy floty wojennej”. Pozom rzeki podnosi się notorycznie i dzielnica portowa brodzi już po kostki w wodzie. Co gorsza wybiło też miejskie szambo i teraz wszędzie wali gównem. Bogacze zamknęli swoja dzielnicę i lepiej nie pokazywać się tam po zmroku, bo prywatni ochroniarze wyznają zasadę strzałów ostrzegawczych w tył głowy. A jeszcze zalegacie Klausowi ze straży miejskiej z wypłatą za ostatni miesiąc…


 Rozdział pierwszy


Wieczór zapadł bardzo szybko. Właściwie kilka ostatnich promieni słonecznego światła ledwo przebijało się przez grubą zasłonę chmur. Zimny, ciężki deszcz, nieustanie padał już szósty dzień i nic nie zapowiadało, że w najbliższych dniach pogoda zacznie się poprawiać. Zaułek Ślepego Karczmarza nie przyciągał przyjezdnych swoim wyglądem nawet w słoneczne dni. Ale teraz odstręczał jeszcze bardziej. Zbutwiałe deski ułożone bezpośrednio na rozmokłym klepisku były śliskie niczym brzuch ryby. Sterty śmieci wyrzucane bezpośrednio na ulicę zalegały tu i ówdzie. Zazwyczaj spływały razem z deszczem do kanałów ale teraz gdy poziom rzeki podniósł się, wszystkie okoliczne kanały wypluwały wodę, zamiast ją odprowadzać. Zapach także przyprawiał o mdłości. Mieszanina odchodów, odpadków i odoru z znajdującej się nieopodal garbarni. Grupa awanturników zbliżała się jednak uparcie do jedynego światełka znajdującego się na końcu zaułka. Powitały ich groźnie wyglądające, okute drzwi, z żelazną zasuwą na wysokości oczu. W oddali słyszeć się dało śpiewy z kaplicy św. Bernarda Męczennika, który własnym ciałem osłonił Imperatora Magnusa.
Pierwsza z postaci uniosła rękę i łomotnęła kilka razy kołatką w kształcie delfina. Kołatka wyglądała zupełnie nie na miejscu. Misternie wyrzeźbiona, mosiężna. Wyglądała tak jakby prowokowała do kradzieży. Ale jednak dalej wisiała na swoim miejscu…
Zasuwa odsunęła się z metalicznym trzaskiem.
- Hasło!
- A weź spierdalaj! Otwieraj krasnoludzki cwelu! My tu mokniemy na tym pierdolonym deszczu!
- Miałeś być sam.
- Ale jak już bystrze zauważyłeś nie jestem! I tak wszystko bym musiał im przekazać wiec zabrałem ich ze sobą żeby dwa razy się nie powtarzać.
Żelazne argumenty zbiły krasnoluda z tropu.
- Otwieraj kurwa albo sobie idziemy! Nie będziemy tu dłużej moknąć!
Zza drzwi dało się słyszeć po chwili odmykany zamek… potem drugi i trzeci, i drzwi z lekkim skrzypnięciem otworzyły się odrobinę. Pierwsza postać wcisnęła się do środka.
Wewnątrz powitał ich krótki, dobrze oświetlony dwoma lampami korytarz. Korytarz kończył się kolejnymi okutymi drzwiami. Krasnoluda nigdzie nie było. Uwagę Awanturnika zwróciły dyskretne otwory na wysokości brzucha przeciętnego człowieka w kolejnych drzwiach. Na wysokości brzucha ale i na wysokości kuszy trzymanej w rękach niezbyt wysokiego krasnoluda…
- Nieźle się tu urządziłeś Torgrim. Spodziewasz się jakiś nieproszonych gości?
- Przezorny zawsze ubezpieczony. Wiesz jak bywa w moim fachu. - Odparł krasnolud zza drugich drzwi.
- A o którym fachu mówisz? Pasera? Szpicla? Wywrotowca?
- O wszystkich przyjacielu o wszystkich… Zamknijcie porządnie za sobą wrota! Wpuszczę Was dalej!
Krasnolud upewnił się że zewnętrzne drzwi są dokładnie zamknięte i otworzył drzwi wewnętrzne. Kolejne pomieszczenie przypominało kantorek jakiegoś kupca, zajmującego się wszystkim i niczym zarazem. Jakieś mechaniczne zabawki, szkatuły, wazy, obrazy. Było tu praktycznie wszystko. Na środku pokoju stało bogate pięknie zdobione biurko przy którym stało tylko jedno krzesło.
- Miałeś być sam. – Krasnolud zerkną w stronę przybyłych awanturników - To reszta niech stoi! - burknął pod nosem, zajmując swoje miejsce za biurkiem.
- Masz dla nas jakieś zadanie?
- A pewnie że mam… Ty tam! Zostaw to! Te ciastka są dla kupujących a nie dla… - krasnolud trochę spuścił z tonu – takich ja Wy.
Togrim był niski nawet jak na krasnoluda. Próbował dostosować się do aktualnej mody imperialnej ale jakoś mu to nie wychodziło. Do tego był przy kości, co czyniło jego postać trochę komiczną. Ale ci co znali krasnoluda wiedzieli że nie warto żartować z jego wyglądu…
- Dobra przejdźmy do interesów bo mi ziemniaki w piwnicy gniją. Mam dla Was małą robotę. Mój informator doniósł mi że niedawno Mistrz Joachim Slüter wyjechał pilnie z miasta.
- I nie prędko wróci – wtrącił awanturnik- wszyscy słyszeliśmy o Mistrzu Joachimie. Na mieście powiadają, że stosik na placu Floriańskim już się tlił w oczekiwaniu na Maestra Slütera. A inkwizytorzy już ostrzą sobie pazury na tak łakomy kąsek w całym Imperium. Ten, który dorwie Mistrza Joachima zbierze sobie niezłą sławę… Ale co nam prostaczkom do Slütera? Chyba nie chcesz żebyśmy go ścigali?!?
- No gdzie!?! Na brodę Grungiego! Wy do Mistrza Slütera! No proszę Was… Bez Urazy oczywiście.
- No dobra, rozumiemy jak bardzo nas poważasz. Przejdź do sedna.
- Otóż Maestr Slüter miał siedzibę.
- To też wiemy! Teraz Inkwizytorzy zdejmują tam kamień po kamieniu żeby znaleźć co ciekawsze zabawki Mistrza. I co nam do tego?
- Jak mi będziesz dalej przerywał to nigdy się nie dowiesz do kurwy nędzy! – krasnolud nie krył już zdenerwowania – Mogę?
- Ależ proszę, zamieniamy się w słuch
- Jak już mówiłem Slütera miał jeszcze jedną siedzibę. Sekretną. O której Inkwizytorzy jeszcze nie wiedzą… A ja wiem! – paskudny uśmiech wykwitł na pucułowatym obliczu krasnoluda.


   
Rozdział drugi

Powiew zimnego powietrza omiótł salę w której siedzicie. Drzwi do karczmy w której się zatrzymaliście stanęły otworem. W powstałym prześwicie pojawiła się zgarbiona sylwetka podróżnego.
- Zawrzyj wrota bo strasznie piździ! – Karczmarz serdecznie powitał gościa.
 - Do ciebie godom! Głuchy jesteś? Zawrzyj wrota bo mi izbę wyziębisz! –Karczmarz był wierny staremu prawu gościnności.
Postać nie drgnęła nawet o centymetr. Lekko kołysała się tylko na boki.
- Ty pachołku Jak cię zaraz spiorę! - Karczmarz złapał pogrzebacz i szybkim krokiem zbliżył się do nieznajomego. Zamachnął się do ciosu. Postać podniosła wzrok na karczmarza a ten skulił się pod jego spojrzeniem, i czym prędzej prysnął w kierunku kuchni wykonując intensywnie znak młota na piersi.
Postać powoli weszła do środka. Omiotła całą salę wzrokiem. Albo tak się Wam wydawało gdyż ciągle nie było widać jego oblicza spod obszernego kaptura. Powoli ale zdecydowanie ruszyła w Waszym kierunku. Drzwi zatrzasnęły się za nią. Żaden z Was nie zauważył ruchu rąk nieznajomego!
Podróżny zajął krzesło na końcu stolika przy którym siedzieliście. Powolnym nienaturalnym ruchem zaczął zdejmować kaptur. Ręka wygięła się pod dziwnym kątem jakby miała dodatkowy staw między dłonią a łokciem. Żaden z Was nawet nie drgnął. Wasze ciała wydają się dziwnie ociężałe, i niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Pod kapturem ukazało się oblicze, które przepędziło rozgniewanego karczmarza z pogrzebaczem. Lekko wykrzywiona łysa głowa. Usta a właściwie wąska szczelina w miejscu gdzie powinny być usta. Pozbawiona była jakichkolwiek warg. Kilka kępek włosów tu i ówdzie. Jedno ucho znacznie większe od drugiego. Mniejsze ucho położone było wyżej niż to większe. Jednak najbardziej przerażające były oczy, A właściwie dziury po oczach. Puste nieregularne otwory, głębokie, pochłaniające światło wokół. Sprawiały wrażenie jakby miały was wessać...
– Ale piździ na dworze! -  Demon przemówił całkiem przyjemnym miękkim głosem.
– To chyba trochę moja sprawka… A właściwie Wasza! – szczelina z przodu twarzy wygięła się w coś przypominającego uśmiech. -  Coś tam się popieprzyło w pogodzie, po tym jak uwolniliście mnie z mojego więzienia. Za co wam szczerze i wylewnie dziękuję! – Demon skłonił się nisko, a zimny dreszcz przeszedł po Waszych plecach.
- Szkatuła była ostatnią pieczęcią, która trzymała mnie jeszcze w niewoli po tym jak Mistrz Slüter –wręcz namacalnie dało się wyczuć nienawiść płynącą z głosu demona gdy wymawiał to imię – opuścił miasto. Ale co się odwlecze to nie uciecze… Chciałem Was zapytać co zamierzacie zrobić ze szkatułą. Bo nadal ją macie? Prawda? – puste oczodoły poruszyły się lekko jakby zaglądając Wam w oczy.
- Taaak… Macie ją jeszcze… Wyczułem to. Dobrze! Sugerowałby Wam abyście zniszczyli ją jak najszybciej! – demon rozejrzał się po sali.
- Taaak… Macie ją jeszcze… Wyczułem to. Dobrze! Sugerowałby Wam abyście zniszczyli ją jak najszybciej! – demon rozejrzał się po sali.
- Nie kominek się nie nadaje… za mały żar… Ale na pewno w okolicy jest jakaś kuźnia. Tak to powinno wystarczyć. Pamiętajcie przecież, że to plugawy przedmiot Chaosu! Trzeba go jak najszybciej spalić! Tak powinni zrobić praworządni obywatele. Bo przecież jesteście praworządni? Nieprawdaż? Tak praworządnie poderżnęliście gardło słudze Slütera! Strasznie mnie to ucieszyło. Już się obawiałem, że go posłuchacie i dalej będę tkwił w tej przeklętej niewoli. Ale nie! Wy jesteście przecież ci DOBRZY! Przy okazji niezła rzeźnia wyszła Wam na pięterku. Tyle przemocy tyle nienawiści tyle krwi się zmarnowało. Wy na pewno jesteście ci dobrzy? Bo chętnie przyjąłbym Was na służbę. Szczególnie teraz gdy zamierzam zostać tu na dłużej. Nie? Na pewno? Przemyślcie jeszcze moją ofertę. Ja na pewno Was docenię! I szczodrze wynagrodzę! Oferta dnia! Jeszcze nigdy nie byłem tak szczodry jak w tym momencie… - Demon zaczął śmiać się… no demonicznie.
- Ale wróćmy do Waszego problemu. Szkatułka. Zniszczcie ją jak najszybciej a Was wynagrodzę. Możecie ją też oddać temu kto was napuścił na sługi Slütera. Na jedno wyjdzie… Mam do Was tylko jedną prośbę. W tym właśnie momencie na zewnątrz zebrała się dość duża grupa tych obleśnych paskudnych szczuroludzi! Nie dawajcie im tej szkatuły. Proszę… Cholera wie do czego mogą jej użyć… W końcu to plugawy przedmiot Chaosu!!! – i znowu demoniczny śmiech.
- Jak już skończycie na zewnątrz. Wróćcie! Mam dla Was pewne zadanie. Tak sobie wykoncypowałem, że nie musicie dla mnie pracować żeby nasze cele były wspólne. W końcu wróg mojego wroga to mój… przyjaciel? A Slüter sam się przecież nie złapie! Władze z tego co widziałem dają za jego głowę sporą sumkę… A ja jestem skłonny ją podwoić pod warunkiem dostarczenia go żywego! Ale teraz idźcie zajmijcie się tym pilniejszym problemem bo jak nie wyjdziecie, to te wredne szczury jeszcze gotowe zniszczyć tak szlachetny przybytek. A tego byśmy nie chcieli… I pamiętajcie brońcie szkatuły przed szczurami! Bo przecież Wy jesteście ci DOBRZY!!! Śmiech demona po raz kolejny rozległ się na sali.
- Jak ja kocham te paradoksy. Nie bawiłem się tak dobrze od dwustu lat!!!

 

niedziela, 22 stycznia 2017

I’M BACK



Heyka!
I’M BACK!!!
 
Chciało by się zakrzyknąć…
Ale nie róbcie sobie zbyt dużych nadziei, bo do regularnych wpisów, już raczej nie wrócę. Jak mawiał Jocker w Batmanie Tima Burtona: "So much to do and so little time..."
Natomiast jakieś pojedyncze perełki - to czemu nie. Zamiast spamować Was na maila, równie dobrze mogę wrzucać tu swoje wynurzenia i przesyłać jedynie linka.




Ok! Czas na mięsko czyli... Bolt Action. 
Dziś wyjątkowo nie w piwniczce ale gościnnie w salonie u Jubego.
Juby postarał się ostatnio. Przysiadł trochę nad terenami, i muszę powiedzieć, że wygląda to nadzwyczaj dobrze. Efekty jego pracy możecie oglądać na zdjęciach poniżej. Co do zdjęć - to tym razem nie wziąłem ze sobą aparatu więc są trochę gorszej jakości - z komórki.
Ale... jak się nie ma co się lubi - to się lubi co się ma!

PRZYGOTOWANIA I ROZSTAWIENIE
Teren rozstawiony. Scenariusz wybrany. Gramy scenariusz 11 "SURRONDED!"  Jako że Juby ma 88-ke postanawia być obrońcą. Rosjanie w ataku! Tym lepiej dla mnie. Juby rozstawia połowę swoich jednostek na stole, dostaje ostrzał z przygotowania artyleryjskiego. Następnie w pierwszej turze wchodzi pierwsza fala szturmu Sowieckiego. Reszta jednostek pozostaje w rezerwach. Celem jest zniszczenie jak największej ilości jednostek przeciwnika.


Juby zakupił ostatnio Armatę 88mm flak 37 AA gun. Niestety (?) w skali 1:48. Pytajnik do słowa niestety należy się gdyż właściwie nie widać różnicy czy jest to 1:48 czy 1:56. Wygląda naprawdę dobrze. A jako że nie mamy porównania do oryginalnej Warlord-owskiej to nikt nie zauważy różnicy.
Mi to na pewno nie przeszkadza! A na stole prezentuje się rewelacyjnie. Juby umieszcza działo wraz z obsługą w ruinach farmy na rozdrożu. Ma doskonałą osłonę - murek okalający farmę zapewnia "twardą" osłonę. Za to pole ostrzału ograniczone ma tylko z jednej strony przez ruinę budynku. Dobranie się do armaty będzie wyjątkowo trudne. Nie dość, że strzelając do niej będę modyfikował rzut na trafienie o -2 to jeszcze "gun shield" sprawia, że obsługę będę zabijał jedynie na 5+!   


Ciekawe co Juby zmieści jeszcze do rozpiski na 1000 ptsów?
Dostępu do działa będą bronić SSmani wyposażeni w STG44 z dwoma MMG i kilkoma pancerfaustami! Space marines bolt action :-) To ten bliższy oddział na zdjęciu poniżej. Ukryty w żywopłocie. Chyba gorzej już być nie może - pomyślelibyście. Otóż może być gorzej! Oddział przed nimi to Szturmowi Inżynierowie - STURMPIONIERE... którzy poza MP40 i MMG mają jeszcze miotacz ognia. Acha i też są weteranami.  


Ostatnią jednostką na stole po stronie Jubego są ukryci za stodołą weterani z panzerschreckiem. Takie małe ubezpieczenie na wypadek T34 szarżującego od lewej flanki... W rezerwach Juby ma jeszcze: Pumę, oddział SS z dwoma MMG, dowódcę, medyka, i zaprzęg do ciągnięcia 88-tki. W zaprzęgu dwa jednorożce - a że nie było żadnej dziewicy w pobliżu to nie było ich widać... ;-)


W pierwszej fali Rosjan znajdował się T34/76 , dwa pełne oddziały piechoty (12 osobowe) z dwoma MMG każdy, oraz trzy oddziały "biegaczy" (6 osobowy oddział SMG). Wszystko regularne wojsko.  W rezerwach pozostały: darmowy oddział piechoty, dowódca, trzy anti-tank rifle i jeden oddział biegaczy. Przygotowanie artyleryjskie wyszło dobrze, ale nie rewelacyjnie. Każdy z niemieckich oddziałów dostał po jednym pin markerze, a kilka nawet po dwa. Ale nikt nie został bezpośrednio trafiony pociskami.

I TURA  
Inicjatywa była zdecydowanie po stronie Rosjan. Raz za razem ciągnąłem z wiaderka czerwoną kostkę. Chciałem przeczekać Jubego i wszystkie kostki przekazywałem na rezerwę. Jednak podstęp się nie udał i musiałem wprowadzać moje jednostki zanim Juby aktywował jakikolwiek oddział ze stołu. 


Pierwsi do boju weszli "biegacze". Zajęli pozycję za chatą w środku stołu. Jednak gdy raz za razem losowałem czerwoną kostkę stwierdziłem, że nie tędy droga... Trzeba zaatakować pełną mocą! Trzeba przestać bawić się w podchody. Krzyknąć HURRRAAA!!! I zobaczyć komu pierwszemu skończą się żołnierze! Do boju weszły oddziały piechoty z MMG. Strzelając z biodra w biegu położyły zasłoną ogniową na oddział inżynierów.
I teraz ciekawostka. W momencie szturmu nie byłem świadomy że to Inżynierowie wyposażeni w miotacz ognia! Myślałem, że to standardowy oddział SS. Gdybym wiedział że miotacz ognia jest niecałe 12 cali od moich jednostek na pewno wystawiałbym się bardziej defensywnie....
Ale jak mawiają Inkwizytorzy - "Ignorancja jest błogosławieństwem!"
Kostki też były po mojej stronie.
Ja - Dobra strzelam... -1 za ruch, -2 za osłonę, -1 za zasięg! Idziesz w ziemię Juby?
Juby - Hmmm trafiasz na szóstce po szóstce? To nie idę w ziemię!
Trzy trafienia! Pin marker i jeden zabity!!!
Juby - ARGHHH!!!!


Jako że ostro poszedłem do szturmu stwierdziłem, że chowanie T34 za budynkami byłoby jedynie stratą. Potrzebowałem uziemić ten oddział Inżynierów! Poprosiłem Stalina aby dał swoje błogosławieństwo do ataku i wjechałem czołgiem na drogę. Nie zważając na 88-kę zwracającą się powoli w stronę  pojazdu otworzyłem ogień do biednych Inżynierów. Tego było już dla nich za dużo! Wreszcie padli na ziemię i zaczęli myśleć jedynie o szukaniu osłony - osiągnąłem swój cel na tą turę...
Następna kostka była czarna! 88-ka wzięła czołg na cel. I błogosławieństwo Stalina dało radę przezwyciężyć hitlerowski pocisk. Strzał na czysto, -1 do trafienia za obrót działa... Juby wyrzucił "3" PUDŁO! Stalin protects.
Koniec tury był coraz bliżej - w wiaderku pozostały już tylko czarne kostki. Juby ostrzelał jeszcze moją piechotę z mmg zabijając biednego Ivana. Wycofał panzerschrecka do tyłu za osłonę i zakończyliśmy pierwszą turę.


II TURA
Szybko! Póki Stalin patrzy przychylnym okiem! T34 do ataku!
I pojechali... nie bacząc na 88-kę. Podjechałem na bliski zasięg do Inżynierów. I znowu nie mieli wyboru. Mogli iść w ziemię albo zginąć. T34 spełnił swoje zadanie. Teraz może polec w chwale ściągając na siebie jeszcze trochę ognia. Przynajmniej ta cholerna armata nie będzie strzelała do mojej piechoty a wrak czołgu zapewni doskonałą osłonę dla reszty atakującej piechoty...
Ale zaraz... czemu ci SSmani biegną wprost do mojego czołgu blokując linię strzału 88 - ce?
Facepalm... Pancerfausty!
Trzy trafiły. Jeden ogłuszył załogę... To wszystko! T34 zdobył odznaczenie stalowa ściana.
Moja kolej...


SZTURMEM TOWARZYSZE! ZA STALINA!! ZA MATULĘ ROSYJĘ!!!
I poszli. Na pierwszy rzut jeden odział biegaczy zaszarżował na panzerschrecka. Tak wiem assault został strasznie znerfiony, ale to była jedna z tych sytuacji gdzie jednak bardziej opłaca się zaatakować w walce bezpośredniej niż strzelać. Przeciwnik to mały oddział za twardą zasłoną, do tego jedynie dwa modele byłyby na zasięgu bezpośrednim a reszta strzelałaby na "dalekim" (z ppschy - ze względu na krótki zasięg - strzela się albo na dalekim albo na bezpośrednim nie mając bliskiego) Wybór był tylko jeden. CHARGE! Juby zdołał jeszcze wystrzelić z panzerschrecka rozsmarowując biednego Borysa po całej stodole. I już walczyli ze sobą. Drużyna panzerschrecka zza osłony atakowała równocześnie z szarżującymi ale znowu kostki były po mojej stronie. Rosjanie szybko rozprawili sie z nieszczęsną dwójką Niemców i ukryli się za osłoną.
Reszta armii ruszyła do przodu. Strzelając w pełnym biegu przycisnęli ogniem oba oddziały Niemieckie na środku stołu.


Zaczęły pojawiać się rezerwy. Na pierwszy ogień poszła Puma Jubego. Wyjechała od flanki i posłała pocisk w boczny pancerz T34. Po raz kolejny Stalin ochronił swoich wybrańców. Pocisk trafił ale nie przebił się przez pancerz.


Z tyłu Pojawiły się posiłki niemieckiej piechoty. Oddział SS wraz z dowódcą i medykiem. Położyli ogień zaporowy na oddziałach rosyjskich ale bez większych sukcesów. 
88-tka tym razem załadowała pocisk odłamkowy. Skierowała lufę w Sowiecką piechotę i posłała go Stalinowi w okno.


W międzyczasie od mojej strony zaczęły wchodzić posiłki Sowieckie. Pojawiła się druga fala piechoty. I biegnąc najszybciej jak się da zmniejszała dystans do jednostek niemieckich. 


III TURA
Po minie Jubego widziałem, że nie bardzo wie jak odmienić losy bitwy i zatrzymać hordę rosyjskiej piechoty. . A kostki w tej turze dały mu się jeszcze bardziej we znaki. Nie dość że spudłował Pumą, ostrzał z MMG dalej był nieskuteczny, to jeszcze 88-tka zawiodła go po raz trzeci! Natomiast ja szalałem na środku stołu.


Fala rosyjskiej piechoty po raz kolejny posunęła się do przodu. Zlikwidowałem odział Inżynierów i spinowałem skutecznie oddział SS manów. Ich los został już właściwie przypieczętowany. Byli otoczeni przygwożdżeni ogniem zaporowym i niezdolni do dalszej obrony.


Na domiar złego dla Jubego. T34 skutecznie zdjął z siebie wszystkie piny wykonując rozkaz "rally" i był gotowy do działania w następnej turze.


Szykowałem się powoli do ostatniego szturmu, którego celem miała być wreszcie niemiecka armata...


IV TURA - OSTATNIA
Jeden obraz za tysiąc słów. Wyraz Jubego mówi wszystko. 88-tka spudłowała po raz kolejny. T34 rozstrzelał SSmanów ze środka stołu, a horda Rosjan szykowała się do szturmu! Juby położył króla na planszy i poddał partię ...


WNIOSKI I PODSUMOWANIE
No cóż, żeby sprawdzić skuteczność 88-ki, Juby musi wystawić ją po raz kolejny. Bo w tej bitwie nie trafiła ani razu. Kostki wyraźnie nie były po jego stronie. Dodatkowo niepotrzebnie wystawił Inżynierów tak daleko z przodu. Dzięki czemu mogłem łatwo zasypać ich ogniem zaporowym. I w rezultacie nie wystrzelili ani razu. Uważam że rozpiska Jubego była bardzo dobra. W sumie to nie wiem czy zmieniałbym cokolwiek. Po prosty nie był to Twój dzień Juby. Za to Rosjanie? Rozpiskę napisałem na kolanie 10 minut przed bitwą. Chciałem zagrać w klimacie - niewyszkolonej bandy biegnącej wprost na linie wroga - bo nie stać ich na żadną inną taktykę. I w sumie się opłaciło. Stalin czuwał nad T34 a piechota w skuteczności przechodziła samą siebie. Z takimi rzutami nie było na mnie mocnych.

Tyle. Mam nadzieję że po dwuletniej przerwie z przyjemnością przeczytaliście moje wypociny. Powiem szczerze że  najbardziej zmotywowało mnie spotkanie z dawno nie widzianym kolegą, którego zapał udzielił mi się troszeczkę. A może to ten alkohol wypity w nieprzyzwoitych ilościach... Kto to wie? :-)
Dzięki Lobo za zastrzyk zapału do bitewniaków!
Narka.