Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warhammer RPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warhammer RPG. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2017

A w RPG bawimy się TAK!

Heyka!



Jakbyście mieli za dużo wolnego czasu to poniżej przedstawiam Wam wprowadzenie do sesji RPG, które prowadziłem pod koniec grudnia. Większość z Was już czytała ale wrzucam bo takie teksty lubią mi się gubić a jak już poświęciłem trochę czasu na napisanie to fajnie by to było przeczytać sobie po latach :-)
Pomiędzy rozdziałem pierwszym a drugim była sesja… A co na sesji się działo to wiedzą ci co byli :-)
Enjoy!


Wprowadzenie
Altdorf, środek jesieni. Od tygodnia pada deszcz. Widzący wieszczą koniec świata. Stare kurwy nie chcą zdychać, a młode dostały trypla i teraz połowa męskiej populacji notorycznie drapie się po jajach. Piwo w lokalnym wyszynku skisło i jest jeszcze paskudniejsze niż zazwyczaj. Pieniądze z ostatniej pracy zaczynają się kończyć. Ludzie z dzielnicy zaczynają znikać. Na północy źle się dzieje.  Wojsko zaczęło agresywną rekrutację„Ojczyźnie trzeba dziś świeżej krwi – Marynarzy floty wojennej”. Pozom rzeki podnosi się notorycznie i dzielnica portowa brodzi już po kostki w wodzie. Co gorsza wybiło też miejskie szambo i teraz wszędzie wali gównem. Bogacze zamknęli swoja dzielnicę i lepiej nie pokazywać się tam po zmroku, bo prywatni ochroniarze wyznają zasadę strzałów ostrzegawczych w tył głowy. A jeszcze zalegacie Klausowi ze straży miejskiej z wypłatą za ostatni miesiąc…


 Rozdział pierwszy


Wieczór zapadł bardzo szybko. Właściwie kilka ostatnich promieni słonecznego światła ledwo przebijało się przez grubą zasłonę chmur. Zimny, ciężki deszcz, nieustanie padał już szósty dzień i nic nie zapowiadało, że w najbliższych dniach pogoda zacznie się poprawiać. Zaułek Ślepego Karczmarza nie przyciągał przyjezdnych swoim wyglądem nawet w słoneczne dni. Ale teraz odstręczał jeszcze bardziej. Zbutwiałe deski ułożone bezpośrednio na rozmokłym klepisku były śliskie niczym brzuch ryby. Sterty śmieci wyrzucane bezpośrednio na ulicę zalegały tu i ówdzie. Zazwyczaj spływały razem z deszczem do kanałów ale teraz gdy poziom rzeki podniósł się, wszystkie okoliczne kanały wypluwały wodę, zamiast ją odprowadzać. Zapach także przyprawiał o mdłości. Mieszanina odchodów, odpadków i odoru z znajdującej się nieopodal garbarni. Grupa awanturników zbliżała się jednak uparcie do jedynego światełka znajdującego się na końcu zaułka. Powitały ich groźnie wyglądające, okute drzwi, z żelazną zasuwą na wysokości oczu. W oddali słyszeć się dało śpiewy z kaplicy św. Bernarda Męczennika, który własnym ciałem osłonił Imperatora Magnusa.
Pierwsza z postaci uniosła rękę i łomotnęła kilka razy kołatką w kształcie delfina. Kołatka wyglądała zupełnie nie na miejscu. Misternie wyrzeźbiona, mosiężna. Wyglądała tak jakby prowokowała do kradzieży. Ale jednak dalej wisiała na swoim miejscu…
Zasuwa odsunęła się z metalicznym trzaskiem.
- Hasło!
- A weź spierdalaj! Otwieraj krasnoludzki cwelu! My tu mokniemy na tym pierdolonym deszczu!
- Miałeś być sam.
- Ale jak już bystrze zauważyłeś nie jestem! I tak wszystko bym musiał im przekazać wiec zabrałem ich ze sobą żeby dwa razy się nie powtarzać.
Żelazne argumenty zbiły krasnoluda z tropu.
- Otwieraj kurwa albo sobie idziemy! Nie będziemy tu dłużej moknąć!
Zza drzwi dało się słyszeć po chwili odmykany zamek… potem drugi i trzeci, i drzwi z lekkim skrzypnięciem otworzyły się odrobinę. Pierwsza postać wcisnęła się do środka.
Wewnątrz powitał ich krótki, dobrze oświetlony dwoma lampami korytarz. Korytarz kończył się kolejnymi okutymi drzwiami. Krasnoluda nigdzie nie było. Uwagę Awanturnika zwróciły dyskretne otwory na wysokości brzucha przeciętnego człowieka w kolejnych drzwiach. Na wysokości brzucha ale i na wysokości kuszy trzymanej w rękach niezbyt wysokiego krasnoluda…
- Nieźle się tu urządziłeś Torgrim. Spodziewasz się jakiś nieproszonych gości?
- Przezorny zawsze ubezpieczony. Wiesz jak bywa w moim fachu. - Odparł krasnolud zza drugich drzwi.
- A o którym fachu mówisz? Pasera? Szpicla? Wywrotowca?
- O wszystkich przyjacielu o wszystkich… Zamknijcie porządnie za sobą wrota! Wpuszczę Was dalej!
Krasnolud upewnił się że zewnętrzne drzwi są dokładnie zamknięte i otworzył drzwi wewnętrzne. Kolejne pomieszczenie przypominało kantorek jakiegoś kupca, zajmującego się wszystkim i niczym zarazem. Jakieś mechaniczne zabawki, szkatuły, wazy, obrazy. Było tu praktycznie wszystko. Na środku pokoju stało bogate pięknie zdobione biurko przy którym stało tylko jedno krzesło.
- Miałeś być sam. – Krasnolud zerkną w stronę przybyłych awanturników - To reszta niech stoi! - burknął pod nosem, zajmując swoje miejsce za biurkiem.
- Masz dla nas jakieś zadanie?
- A pewnie że mam… Ty tam! Zostaw to! Te ciastka są dla kupujących a nie dla… - krasnolud trochę spuścił z tonu – takich ja Wy.
Togrim był niski nawet jak na krasnoluda. Próbował dostosować się do aktualnej mody imperialnej ale jakoś mu to nie wychodziło. Do tego był przy kości, co czyniło jego postać trochę komiczną. Ale ci co znali krasnoluda wiedzieli że nie warto żartować z jego wyglądu…
- Dobra przejdźmy do interesów bo mi ziemniaki w piwnicy gniją. Mam dla Was małą robotę. Mój informator doniósł mi że niedawno Mistrz Joachim Slüter wyjechał pilnie z miasta.
- I nie prędko wróci – wtrącił awanturnik- wszyscy słyszeliśmy o Mistrzu Joachimie. Na mieście powiadają, że stosik na placu Floriańskim już się tlił w oczekiwaniu na Maestra Slütera. A inkwizytorzy już ostrzą sobie pazury na tak łakomy kąsek w całym Imperium. Ten, który dorwie Mistrza Joachima zbierze sobie niezłą sławę… Ale co nam prostaczkom do Slütera? Chyba nie chcesz żebyśmy go ścigali?!?
- No gdzie!?! Na brodę Grungiego! Wy do Mistrza Slütera! No proszę Was… Bez Urazy oczywiście.
- No dobra, rozumiemy jak bardzo nas poważasz. Przejdź do sedna.
- Otóż Maestr Slüter miał siedzibę.
- To też wiemy! Teraz Inkwizytorzy zdejmują tam kamień po kamieniu żeby znaleźć co ciekawsze zabawki Mistrza. I co nam do tego?
- Jak mi będziesz dalej przerywał to nigdy się nie dowiesz do kurwy nędzy! – krasnolud nie krył już zdenerwowania – Mogę?
- Ależ proszę, zamieniamy się w słuch
- Jak już mówiłem Slütera miał jeszcze jedną siedzibę. Sekretną. O której Inkwizytorzy jeszcze nie wiedzą… A ja wiem! – paskudny uśmiech wykwitł na pucułowatym obliczu krasnoluda.


   
Rozdział drugi

Powiew zimnego powietrza omiótł salę w której siedzicie. Drzwi do karczmy w której się zatrzymaliście stanęły otworem. W powstałym prześwicie pojawiła się zgarbiona sylwetka podróżnego.
- Zawrzyj wrota bo strasznie piździ! – Karczmarz serdecznie powitał gościa.
 - Do ciebie godom! Głuchy jesteś? Zawrzyj wrota bo mi izbę wyziębisz! –Karczmarz był wierny staremu prawu gościnności.
Postać nie drgnęła nawet o centymetr. Lekko kołysała się tylko na boki.
- Ty pachołku Jak cię zaraz spiorę! - Karczmarz złapał pogrzebacz i szybkim krokiem zbliżył się do nieznajomego. Zamachnął się do ciosu. Postać podniosła wzrok na karczmarza a ten skulił się pod jego spojrzeniem, i czym prędzej prysnął w kierunku kuchni wykonując intensywnie znak młota na piersi.
Postać powoli weszła do środka. Omiotła całą salę wzrokiem. Albo tak się Wam wydawało gdyż ciągle nie było widać jego oblicza spod obszernego kaptura. Powoli ale zdecydowanie ruszyła w Waszym kierunku. Drzwi zatrzasnęły się za nią. Żaden z Was nie zauważył ruchu rąk nieznajomego!
Podróżny zajął krzesło na końcu stolika przy którym siedzieliście. Powolnym nienaturalnym ruchem zaczął zdejmować kaptur. Ręka wygięła się pod dziwnym kątem jakby miała dodatkowy staw między dłonią a łokciem. Żaden z Was nawet nie drgnął. Wasze ciała wydają się dziwnie ociężałe, i niezdolne do jakiegokolwiek ruchu. Pod kapturem ukazało się oblicze, które przepędziło rozgniewanego karczmarza z pogrzebaczem. Lekko wykrzywiona łysa głowa. Usta a właściwie wąska szczelina w miejscu gdzie powinny być usta. Pozbawiona była jakichkolwiek warg. Kilka kępek włosów tu i ówdzie. Jedno ucho znacznie większe od drugiego. Mniejsze ucho położone było wyżej niż to większe. Jednak najbardziej przerażające były oczy, A właściwie dziury po oczach. Puste nieregularne otwory, głębokie, pochłaniające światło wokół. Sprawiały wrażenie jakby miały was wessać...
– Ale piździ na dworze! -  Demon przemówił całkiem przyjemnym miękkim głosem.
– To chyba trochę moja sprawka… A właściwie Wasza! – szczelina z przodu twarzy wygięła się w coś przypominającego uśmiech. -  Coś tam się popieprzyło w pogodzie, po tym jak uwolniliście mnie z mojego więzienia. Za co wam szczerze i wylewnie dziękuję! – Demon skłonił się nisko, a zimny dreszcz przeszedł po Waszych plecach.
- Szkatuła była ostatnią pieczęcią, która trzymała mnie jeszcze w niewoli po tym jak Mistrz Slüter –wręcz namacalnie dało się wyczuć nienawiść płynącą z głosu demona gdy wymawiał to imię – opuścił miasto. Ale co się odwlecze to nie uciecze… Chciałem Was zapytać co zamierzacie zrobić ze szkatułą. Bo nadal ją macie? Prawda? – puste oczodoły poruszyły się lekko jakby zaglądając Wam w oczy.
- Taaak… Macie ją jeszcze… Wyczułem to. Dobrze! Sugerowałby Wam abyście zniszczyli ją jak najszybciej! – demon rozejrzał się po sali.
- Taaak… Macie ją jeszcze… Wyczułem to. Dobrze! Sugerowałby Wam abyście zniszczyli ją jak najszybciej! – demon rozejrzał się po sali.
- Nie kominek się nie nadaje… za mały żar… Ale na pewno w okolicy jest jakaś kuźnia. Tak to powinno wystarczyć. Pamiętajcie przecież, że to plugawy przedmiot Chaosu! Trzeba go jak najszybciej spalić! Tak powinni zrobić praworządni obywatele. Bo przecież jesteście praworządni? Nieprawdaż? Tak praworządnie poderżnęliście gardło słudze Slütera! Strasznie mnie to ucieszyło. Już się obawiałem, że go posłuchacie i dalej będę tkwił w tej przeklętej niewoli. Ale nie! Wy jesteście przecież ci DOBRZY! Przy okazji niezła rzeźnia wyszła Wam na pięterku. Tyle przemocy tyle nienawiści tyle krwi się zmarnowało. Wy na pewno jesteście ci dobrzy? Bo chętnie przyjąłbym Was na służbę. Szczególnie teraz gdy zamierzam zostać tu na dłużej. Nie? Na pewno? Przemyślcie jeszcze moją ofertę. Ja na pewno Was docenię! I szczodrze wynagrodzę! Oferta dnia! Jeszcze nigdy nie byłem tak szczodry jak w tym momencie… - Demon zaczął śmiać się… no demonicznie.
- Ale wróćmy do Waszego problemu. Szkatułka. Zniszczcie ją jak najszybciej a Was wynagrodzę. Możecie ją też oddać temu kto was napuścił na sługi Slütera. Na jedno wyjdzie… Mam do Was tylko jedną prośbę. W tym właśnie momencie na zewnątrz zebrała się dość duża grupa tych obleśnych paskudnych szczuroludzi! Nie dawajcie im tej szkatuły. Proszę… Cholera wie do czego mogą jej użyć… W końcu to plugawy przedmiot Chaosu!!! – i znowu demoniczny śmiech.
- Jak już skończycie na zewnątrz. Wróćcie! Mam dla Was pewne zadanie. Tak sobie wykoncypowałem, że nie musicie dla mnie pracować żeby nasze cele były wspólne. W końcu wróg mojego wroga to mój… przyjaciel? A Slüter sam się przecież nie złapie! Władze z tego co widziałem dają za jego głowę sporą sumkę… A ja jestem skłonny ją podwoić pod warunkiem dostarczenia go żywego! Ale teraz idźcie zajmijcie się tym pilniejszym problemem bo jak nie wyjdziecie, to te wredne szczury jeszcze gotowe zniszczyć tak szlachetny przybytek. A tego byśmy nie chcieli… I pamiętajcie brońcie szkatuły przed szczurami! Bo przecież Wy jesteście ci DOBRZY!!! Śmiech demona po raz kolejny rozległ się na sali.
- Jak ja kocham te paradoksy. Nie bawiłem się tak dobrze od dwustu lat!!!

 

sobota, 15 sierpnia 2015

RPG sesja pierwsza - relacja.


Heyka!




RPG ciąg dalszy. Poznaliście już moją postać. Ale to nie wszystko! Jako, że zapłonąłem, trzeba korzystać z energii póki jest. Pierwsza sesja za nami i jest co opowiadać. Ale może oddam głos Karlowi:




 Tak Arturze i skończyło się konwojowanie… Tamci dwaj poszli na zwiad to możemy sobie pogadać troszeczkę. Wiesz Artur? Lubię cię! Bardzo dobrze mi się z tobą gada. A że cię lubię, to ci wszystko powiem. Uczciwa praca nie popłaca! Ledwo się do uczciwego konwojowania wziąłem to znowu się wszystko spierdoliło…
Ale zacznijmy od początku. Na resztkach pieniędzy z poprzedniej profesji dotarłem do Middenheim. A właściwie pod mury - bo do miasta mnie wpuścić nie chcieli. Skurwysyny! I ich pierdolona polityka imigracyjna. Pieprzony strażnik stwierdził, że mu na wywrotowca wyglądam, i że nie tutejszy jestem, i że mnie odmawia prawa wejścia! Tak skurwiel powiedział. A mleko to mu jeszcze spod nosa ściekało. Szczyl jeden! Dali takiemu odrobinę władzy i już się panoszy jak Hrabina na grzędzie. Jeszcze go życie w dupę porządnie nie kopnęło. Tylko łapówki i korupcja, zero uczciwości w tym parszywym świecie!  A ja już ostatnie rogatki lasem musiałem mijać, bo mi na piwo ledwie w knajpach stawało. I kogo to spotyka? MNIE! Uczciwego banitę z wyrokiem!


Ale nic to, myślę se - do miasta za darmo nie wpuszczają to się podepnę do jakiejś karawany. I tak do miasta wjadę. I niewiele myśląc dalej się po różnych podróżnych i kupcach zacząłem kręcić i wypytywać. Bo tam u podnóża miasta to kupa ludu się przez karczmy i zajazdy przewala. No i znalazłem takiego jednego. Mówi mnie, że mnie do konwojowania weźmie! I że jeszcze mi zapłaci! Ja mu na to - bracie z nieba mi spadasz, złociutki, napijmy się jeszcze razem, skoro rano wyruszamy! Wypiliśmy! Oj wypiliśmy… No i wyruszyliśmy rano…
Tyle że w drugą stronę! Bo oni nie do miasta, a z miasta wyjeżdżali. Jak żem się na wozie obudził to z początku złość mnie taka wzięła. Ale potem myślę se. Nie ma tego złego. Przejadę się. Zarobię trochę. Okolicę zwiedzę. A że zapłata godziwa miała być to mnie pewnikiem następnym razem puszczą do miasta. Poza tym myślę se tak - sekretne znaki znam - więc jak się jakieś banity nawiną to zobaczę po której stronie siła stoi i jak coś to się wróci do dawnej profesji.
Ale znaj moje szczęście… Kilka dni minęło spokojnie a tu naraz! Jak drzewo nie pierdutnie! Jak się strzały z nieba nie sypną! Nie uwierzysz mi mój drogi ale pierwszy wóz z pierdolonej KATAPULTY dostał!!! Myślę sobie - uuu to nie rozbój! Mi to bitwą pachnie. Bo widzisz. Porządni banici to jednak swój honor mają. Wiadomo, łatwiej by było z lasu wszystkich na wozach powystrzelać i wszystko twoje. Ale to nie ekonomicznie. Bo Rolf mi to kiedyś wyjaśnił. Jak kupców pozabijasz i cały dobytek złupisz to co ty z tym całym dobrem zrobisz? No co? Tośmy banici nie kupcy. Tu trzeba kalkulować. A nie tylko cepem i pałką machać. Bo widzisz. Kupce jadą, to trzeba najpierw wyskoczyć. Potem grzecznie poprosić. Jak się stawiają to ochronę obić i siłą zabrać, ale tylko gotowiznę! Bo jak kupcom towar zostawisz i zbytniej krzywdy nie zrobisz to niechybnie tą samą drogą wracać będą… Kalkulujesz to sobie? No... raz jak transport wina wieźli, to kupców z gołymi dupami, dosiadających gołych ochroniarzy w dalszą drogę puściliśmy. Ale to wyjątek był!
Nic to! Na wspominki mnie wzięło, ale wracając do tematu. Strzały lecą, katapulty strzelają, cosik wyje w lesie, myślę sobie ani chybi bitwa! No to krzyknąłem „DO BRONI!!!” i „WRÓG W LESIE!!!”oraz „NAPRZÓD DO ATAKU!!!” i chodu do lasu! Ja już raz w bitwie stałem - wystarczy. I powiem ci – nigdy więcej. A więc chodu do lasu, a tu naraz ork mi przed nosem staje. Zawył tam coś po swojemu to dźgnąłem go porządnie mieczem. Głupi nie wiedział, że najpierw to się dźga a potem wyje. Miałem mu poprawić ale niestety miecz utknął mi w jego bebechach, i wyszarpać się nie dało. A on wyje dalej i się na mnie toporzyskiem większym niż bochen chleba zamachuje! Niewiele myśląc zdzieliłem go tarczą, i dawaj ile sił w nogach. Tarcza została w jego kolanie. Ale nic to, został mi łuk i wichajster. Przez ramię się oglądnąłem tylko i zobaczyłem, że tam przy wozach to i tak na wiele bym się nie przydał. Na szczęście u podnóża góry znalazła się jakaś jaskinia.  I byłoby pięknie bo nikt mnie chyba nie widział, przesiedziałbym całą drakę w spokoju, a potem czmychnął lasami... 


 Gdyby nie tych czterech co się z okrążenia wyrwało i uciekało w tę samą stronę, tyle że już z ogonem. Dobiegli do MOJEJ jaskini i hajda do środka jakby u siebie byli. Widzę pierwszy to elf, drugi chyba jego kompan bo obwieszeni kajdanami i linami jak drzewko Ranalda na festynie. Wiesz te drzewka co to dzieciaki mają słodycze z nich zwędzać, a dorośli udawać że niby pilnują a ich nie widzą. Za nimi następny, ale temu chyba gorzej poszło bo flaki to se ręką podtrzymywał. Ostatni też nie najszczęśliwszy był, bo przy wejściu strzałę prosto w plecy dostał. Padł na ziemie. Pomogłem szybko temu pierwszemu konającemu biedakowi z flakami na wierzchu. Przytrzymałem mu głowę, szepnąłem – spij bracie, nie ma bólu, tylko sen. Poleciłem jego duszę Morrowi, i wraziłem mu wichajster prosto w serducho. I tak nic by mu nie pomogło, a cierpiał niemiłosiernie. Do medyka daleko, a jeszcze by zaczął wyć i nam więcej tych śmierdzieli na głowę sprowadził. Za tą usługę zabrałem mu tylko nóż i sakiewkę. Jemu już i tak się nie przyda a ja jeszcze dycham. Ten ze strzałą kulturalnie skonał sam z siebie. Zostaliśmy we trzech. Ciemno jak w dupie Kislewity. Ale widzę, że tamci coś kumają. Jeden stanął z boku wejścia, drugi coś z liną kombinuje. Mogło być gorzej. Zrobiło się cicho. A tu naraz jak nie wpadnie goblin do środka. Wleciał jakby go z tej katapulty wystrzelili. I dalej, drze się  wniebogłosy w tym ich piskliwym skowycie. Jak na komendę do jaskini wbiegło dwóch orków. Myślę sobie – już po nas! Palnąłem z łuku w tego goblina. Elf zamachnął się liną i rzucił w jednego z orków! Jakby byka za rogi łapał!  Uwierzysz? Co on tą linką chciał zrobić to nie wiem, bo ani miejsca na zabawę nie było, ani widownia nie sprzyjająca takim popisom, ani masa nie po jego stronie stała. Bo wiesz? Ten ork to tak na dobre dwa kwintale wyglądał, a elfowi to do jednego sporo brakowało. Ork tylko warknął i rzucił się na elfa. Ale tamten był szybszy! Oj nie chciałbym się z tym elfem na ubitej ziemi spotkać! Myk, wymyk, skok, odskok, doskok. Wyglądało to, jakby tańczył w tawernie, a nie z orkiem na śmierć i życie walczył! A i ten jego kompan niczego sobie. Na mnie jakby dwa orki szarżowały, to bym się chyba z radości zesrał i tyle by mnie widzieli. A ten gość, nie dość, że z zimną krwią pierwszego puścił bokiem, to jeszcze na drugiego znienacka wyskoczył! Patrzę jeden walczy z jednym, drugi z drugim, a goblin drze się dalej i z jaskini po pomoc ucieka. Puściłem mu drugą strzałę bo pierwsza, poszła Ranaldowi w okno. Dostał! Ale skurwiel mały się pozbierał i czmychnął poza jaskinię. Nic to, myślę sobie. Jeden problem na raz. A że w jaskini dwa problemy zostały, to od tych trzeba zacząć. Podkradłem się cichaczem na z góry upatrzone pozycje. Znaczy się od pleców. Bo widzisz jak przeciwnik zajęty to o lepszą pozycję niż za jego plecami trudno. Wyczekałem moment i dawaj orka. Ile Sigmar pary dał w rękach. Bo jak się z orkami walczy to do Sigmara po pomoc się trzeba zwracać. To jego domena. Pierwszy cios poszedł jakoś bokiem, ale drugi, ten od wihajstra, trafił tuż pod łopatkę. Puściłem drugi nóż i całą siłą wichajstra złapałem. Uwiesiłem się na nim całym ciężarem, naparłem mocno i czuję, że z zielonego śmierdziela życie ucieka. Dobra! Jeden problem z głowy. Myślę se - sprawdzone sposoby trzeba ponawiać. Dawajcie drugiego! Poczułem się trochę pewniej, bo stosunek trzech na jednego bardziej mi odpowiadał. Pięć do jednego byłoby jeszcze lepiej, no ale nie można mieć wszystkiego. Zakotłowało się, i nim powiesz „Nie taki ork straszny jak się kupą na niego rzucić” truchło zielonoskórego leżało u naszych stóp. Tamci dwaj dawaj doskoczyli do zwłok, jak jakieś hieny cmentarne. Elf złapał za szablę, człowiek za włócznię. Gdzie broń pogubili - nie wiem. Fakt, że cała nasz trójka bohatersko kozikami walczyła. Ja sam, oczywiście przypadkiem, otwarłem sakwę śmierdziela. Nie wiem czego się spodziewałem ale wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Najgorszy smród jaki w życiu wąchałem! A muszę ci zdradzić, że swego czasu z jednej gospody przez latrynę uciekałem! Błeeee! Elf z człowiekiem jako, że dobrze widzieli w ciemnościach zaczęli badać wnętrze jaskini. I znaleźli podwodne przejście, nie wiadomo dokąd. Stwierdziłem, że raczej zaryzykuję zwadę z orkami i goblinami na zewnątrz nim się w nieznaną podziemną rzekę zapuszczę. Zważywszy że woda zimna niemiłosiernie, a ja pływać niezbyt umiem. Gdy oni radzili nad przeprawą, postanowiłem, że zerknę jak daleko goblin zaszedł z moją strzałą w bebechach. I czy jakoś boczkiem nie da się czmychnąć z tej nieszczęsnej groty. Wyszedłem z jaskini i zobaczyłem, że ten mały psi syn już do swoich doszedł. I dawaj krzyczy i pokazuje w naszą stronę. A orków tam więcej niż skwarek w dobrej kaszy! Myślę se TY CHUJU! Ostatni raz porządnego człowieka będziesz palcem pokazywał! Przyłożyłem się do łuku. Przymierzyłem. Widzę, że tamci biegną i drugiego strzału mieć nie będę. I poszła! Sigmar ją musiał nieść, bo tam ze dwieście kroków było, ale trafiłem. Goblin zawył i zaplątał się pod nogi szarżującej orczej hołoty, i tyle go widzieli. Jakbyś go wozem trzy razy przejechał, lepszej papki byś z niego nie zrobił. Orki biegną pod górę i widzę, że swoje poglądy odnośnie podziemnej przeprawy zrewidować muszę, bo z taką ilością zielonoskórych to i na kompanię halabardników by wystarczyło! Wiec chodu do jaskini. Myślę sobie - dobry był z ciebie łuk ale przeprawy pod wodą to ty i tak nie wytrzymasz. Więc kołczan zdjąłem w biegu, łuk do tego. Wpadam do jaskini i mówię do elfa - trzymaj. Wziął, i gapi się na mnie zdziwiony, a ja szczerzę się do niego głupio i wołam „SPIERDALAMY ORKI IDĄ!” I hajda do wody.
Oj ciężko było. Ciemno, zimno. W płucach to paliło jakby ogień z kuźni. Myślę sobie – koniec. Już po tobie dzielny Otto. Bo tak se myślę że jakbym do Morra jako Klaus poszedł to może bym się z tatuśkiem i siostrami znaleźć nie mógł. I umarłem…


 Wygrzebałem się z wody a zimno jak na Mondstille*. (*Mondstille - przesilenie zimowe według kalendarza imperium, źródło wikipedia) Ciemno niby oko wykol. Zupełnie jak kapłani mówili, że po śmierci będzie. Wołam! Tatusiu! Siostrzyczki! I słyszę za sobą, że coś się gramoli z wody, kaszle, prycha. Tatusiu! wołam jeszcze raz. I słyszę głos tego gościa z jaskini – Spierdalaj! Tak mi cham powiedział! A ja żem mu z orkiem pomógł. Zaraz obok czuję - elf się gramoli. Myślę sobie – eee to jeszcze żywym bo na taką karę, żeby z tymi dwoma po śmierci znowu się spotkać, to żem chyba nie zasłużył. W końcu uczciwy ze mnie banita był! Tfu! Jest! Tamci szybciej się pozbierali, im łatwiej bo w mrokach widzieć coś mogli. A ja? Kurwa! Oślepłem! Przecież tam w jaskini też ciemno było, ale coś tam widziałem. A tu nic! Siadłem na ziemi i rozpaczać zacząłem. Zimno i wody się opiłem to mi na głowę poszło. Ale wtedy żem tego nie wiedział. Tamci zaczęli się kręcić i mówią, że tam dalej to nie jaskinia tylko jakiś korytarz się zaczyna. I że do jakiś starych drzwi doszli. Wstałem i po omacku dołączyłem do pozostałych. Z ziemi tylko trochę żwiru nazbierałem. Rolf mi zawsze mówił, żeby szanse w bójkach zawsze na swoją stronę przeważać. I tak żem se pomyślał, że jak ja nic nie widzę a cosik na mnie wyskoczy, to mu po gałach piachem sypnę, żeby chociaż sprawiedliwie było. Doszurałem do pozostałych o oni się z tymi drzwiami mocują. Najpierw człowiek, potem elf. Ale nie idzie im to za dobrze. A ja do drzwi zawsze dryg miałem. Jak raz się taka jedna gospodyni zamknęła przed nami banitami, to cały obóz próbował, a tylko mnie drzwi puściły. Ech fajna była ta gospodyni… Pulchniutka… Jak se przypomnę… Najpierw trochę wierzgała - dla zasady, ale jak zobaczyła co z portek wyciągam to o jeszcze wołała.
Co mówisz Arturze? A tak drzwi. Wybacz rozmarzyłem się. Drzwi... Domacałem się gdzie futryna gdzie drzwi, gdzie zawiasy. Zaparłem się. Aż mi żyłka na czole wyszła. Ale czuję idą. To dawaj je jeszcze mocniej. I puściły! Aż drewno zawyło jak je ruszyłem. I tak se myślę – drewno suche, trochę spróchniałe. A może by tak ogień spróbować? Wyciągnąłem spod kapoty sakiewkę ze świńskiego pęcherza. Sprawdzam w środku. Sucho! No to w domu jestem. Dechy kawał ułamałem i dawaj ją strugać na trociny. A nuż widelec się zapali! Tamci poszli na zwiady a ja po ciemku siedzę i strugam. Żaden mi nie pomógł! Nastrugałem sporo. Dość będzie. Podłożyłem hubkę, uderzam krzesiwem. Za trzecim razem wyszło. Zajęło się – pali się. Mamy Ognisko! Wołam. I dawaj rozdziewać się, przemoczone ciuchy suszyć. Wyjąłem kociołek, nabrałem wody i na ognisku postawiłem. Jak się zagotuje to się wszyscy wrzątku napijemy. Cieplej będzie i przyjemniej. Tamci zeszli do mnie i mówią, że u góry to jakaś wieża, czy strażnica, ale w ruinie. Wrota wejściowe zabarykadowane na amen, ale do góry są schody i jakaś drabina na dach. Ja im na to - Napijcie się przyjaciele. Zagrzejcie, wysuszcie. Toż to wieża nam nigdzie nie ucieknie, a mnie w butach woda chlupie. Posłuchali. Jak ich bliżej poznać to rozsądne chłopaki z nich są.  Jakeśmy się oporządzili zaczęliśmy przeszukiwać pomieszczenie za pomieszczeniem. Nic szczególnego nie znaleźliśmy. Baszta wyglądała na opuszczoną bardzo dawno temu. Na sam koniec, została drabina na dach. Zwieńczona klapą. Elf zgłosił się na ochotnika, żeby podważyć przeszkodę. Ustawiłem się pod spodem. Jakby leciał to może bym go złapał. Ale nie zleciał. Sprawnie klapę otworzył, jeszcze linę nam spuścił żebyśmy i my mogli wejść. 


A na dachu czekała na nas największa niespodzianka! Ech jak se przypomnę to mnie aż teraz trzepie. Cały szczyt wieży pokryty był plugawymi symbolami. Na środku w magicznym kręgu leżało ciało krasnoluda. Paskudnie go coś załatwiło. Wyglądało jakby dostał piorunem w pierś. A poprzebierany w jakieś dziwaczne ciuchy był. Jakby go Thorin z naszej bandy zobaczył to by chyba ze śmiechu w portki popuścił! Szybko splunąłem trzy razy przez lewe ramie! Przeżegnałem się, wykonałem znak młota na piersi, i na wszelki przypadek odmówiłem do bogini Shallyay - uciekamy się pod twoją opiekę… tylko soli nie miałem coby rozsypać. A tamci niby nigdy nic dawaj do plądrowania! Ten elf to jakieś piekielne nasienie. Nic się toto nie bało. Goniło po całym dachu. Nawet do magicznego kręgu wlazło, jakby do siebie do domu wchodził. A mnie aż się ręce ze strachu trzęsły. Jak do czarciego symbolu wchodził to schowałem się za klapą. I bogowie mi świadkami, że poczułem zapach jak po burzy, a w oddali dało się słyszeć grzmot. A przypominam, że krasnolud bynajmniej nie ze starości umarł. Znaleźliśmy kilka drobiazgów, księgę, którą zgarnął elf, niewielkie pudełko oraz dziennik krasnoluda. Dziennik zgarnąłem ja. Niestety wszyscyśmy niepiśmienni, więc to co wydarzyło się w tej wieży pozostaje dla nas tajemnicą. Jako, że bramy nie dało się odblokować w żaden sposób, powiązałem liny jak mi to kiedyś Rolf pokazywał i zeszliśmy po nich na dół. Nieopodal wieży, znaleźliśmy obozowisko tego krasnoluda z góry. A przy obozowisku wygłodniałego osła, którego nazwałem Artur. Mówi ci to coś Arturze mój kłapołuchu? 


No i jesteśmy tutaj na trakcie. Podsumowując. Na razie straciliśmy większość ekwipunku nie zarobiwszy ani grosza. Prawdziwa z nas "Orżnięta Kompania". Ładnie brzmi, muszę zaproponować pozostałym. Hmmm... Na pewno lepiej niż Rude Kity! Zostałem napadnięty, przez bandę a właściwie armię orków. Która nie wiadomo skąd się wzięła tak blisko Middenheim. Poznałem dwóch delikwentów, którzy mi z daleka łowcami nagród albo handlarzami niewolników pachną. Co w przypadku banity jeden piernik czy sprzedadzą mnie w niewolę czy oddadzą władzą. Prawie się utopiłem. A na dodatek odkryliśmy miejsce jakiegoś plugawego rytuału. Mogło być gorzej? Pewno tak. Rolf zawsze powtarzał, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Ciekawe co mówił jak go na pal nadziewali? A teraz plątamy się po tym przeklętym lesie nie wiadomo dokąd. Choć mam przeczucie, że jeszcze tu wrócimy kłapouchu. A teraz to już sam nie wiem kto większy osioł jest. Ja czy ty? Bo tobie tytuł z urodzenia przysługuje a mnie? Banicie za bratanie się z dwoma łowcami nagród, to nie wiem czy tytuł osła, nie bardziej się należy. Ale niby mówią – najciemniej pod latarnią!
Oho wracają! Uśmiech proszę i nie zdradź mnie Arturku poczciwy…  

piątek, 14 sierpnia 2015

RPG BABY!!!



Heyka!


 Zanim ochoczo zabiorę się do bardziej ambitnych planów z poprzedniego posta, odrobina RPG!
Właśnie, nie przewidziało Wam się. RPG!!! BABY!!!



Gdy kilka tygodni temu Werter rzucił hasło „A może by tak zagrać w RPGa?” uśmiechnąłem się tylko z politowaniem. Ale pomysł z czasem nabierał kształtów i rumieńców. Nie mogę powiedzieć, że wszystko poszło jak po maśle, ale efekt jest taki, że jesteśmy już po pierwszej sesji.
 Prawdopodobnie za sukcesem pomysłu Wertera stało to, że odwołał się do absolutnej klasyki. Czyli do naszego pierwszego prawdziwego systemu RPG. Czyli do Warhammera pierwszej edycji. System napakowany wadami jak porządny sernik rodzynkami, ale jednak pierwszy.



Muszę mu przyznać, że zagrał na właściwej nucie.
Niczym Indiana Jones udałem się do piwnicy i zacząłem grzebać w najstarszych pokładach fantastyki. Po przekopaniu się przez odmęty piwnicy i odkurzeniu woluminu w czarnym segregatorze, byłem gotów odświeżyć sobie pamięć. Muszę Wam powiedzieć, że lektura podręcznika po tak długim czasie przypominała spotkanie ze starym znajomym, którego nie widziałem już chyba z 15 lat! Od razu przypomniałem sobie ile godzin spędziłem myszkując po tej księdze, a wyobraźnia pobudzona  tym spotkaniem zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Siadłem do klawiatury i zacząłem pisać historię postaci. W międzyczasie otwarłem ogromne pokłady Internetu i zacząłem wyszukiwać grafiki, które nadawałyby się na ewentualnych bohaterów do gry. W ten sposób powstał nowy katalog na pulpicie „LISTY GOŃCZE”. Pomysłów miałem sporo. Jako, że ostatnio w ucho wpadła mi jakaś szanta, na początek postanowiłem zostać piratem. Ale potem przypomniałem sobie ostatni film z serii Piratów z Karaibów i jak nisko można upaść w tej tematyce, i zmieniłem koncepcję na uczciwego banitę. Zresztą efekty poczytajcie sami!

Cicho… Cicho… Mówię ZAMKNIJ KURWA MORDĘ! Rzuć broń!
Czujesz ten wichajster na plecach? To ostatnia pamiątka po moim tatusiu. Bo widzisz mój tatuś był rzeźnikiem, i to nie byle jakim! Sam Hrabia mięso u niego zamawiał. A tego wichajstra używał do zażynania świń!
Dobra otwórz drzwi, wchodź do środka. Pięknie. Teraz pod ścianę! I cicho! Słyszę konie…
Słyszysz? Właśnie! Patrol przejechał, a ty byłeś cicho. Dobrze to o tobie świadczy, pożyjesz jeszcze trochę…
Ale wracając do tematu… Bo wiesz taką świnie to wcale nie tak łatwo zabić. Pewnie - niektórzy walą świninę w łeb wielkim młotem. Ale czasem gorzej trafisz i świnia wierzga jak oszalała… W końcu trudno się jej dziwić – walczy o życie. Wiesz? Świnie to całkiem mądre zwierzaki są, nie to co ludzie… Jak taką świnię źle trafisz młotem to strasznie wierzga a co gorsza strasznie się denerwuje. A potem tym strachem mięso przechodzi i gorzej smakuje. Ale tatuś był mądry i  miał na to sposób… brał taką świnię ze sobą. Prowadził spokojnie, mówił do niej cały czas, nawet czasem pogłaskał po ryjku. I jak widział, że świnia jest spokojna… CIACH! Wichajster prosto w serce!  Zanim świnia się zorientowała było już po wszystkim!
Nie bój się. Przecież widzę jak na mnie patrzysz. Przecież cię nie zjem! Wali mnie jak będzie smakowała twoja padlina. Dziś jest twój szczęśliwy dzień bo jedyne czego od ciebie potrzebuję to twoje ubranie. A Ty założysz moje. Jak masz na imię? Klaus… ładnie, podoba mi się. A nazwisko? Kohler? Mów głośniej!  Czyli Klaus Kohler? A skąd pochodzisz? Witenberg?... Nie słyszałem. No dalej rozdziewaj się! Do gołego! Spodnie też… Ja mam na imię Otto. Otto Metzger, po tatusiu.
I jak pewnie się już domyśliłeś należę do bandy RUDYCH KIT! Bogowie! Rude kity! Kto wymyśla taką nazwę dla bandy? I jeszcze te stroje. Kurwa od początku mówiłem, że to kurewsko kiepski pomysł z tymi strojami. Przecież na milę widać, że z bandy pierdolonych RUDYCH KIT. Ale nie! Kurwa! Zachciało się szefowi rewolucji to teraz ma! Jak mu drąga do dupy będą wpychać to se przynajmniej może trochę tych haseł pokrzyczeć. Egalite fraternite liberte… bo to Bretończyk był… Wiedziałeś?
A ja uczciwie rabować tylko chciałem… wiesz? Bo wszystko się spierdoliło dobre pięć lat temu.
Jak mówiłem wcześniej ojciec był rzeźnikiem u Hrabiego. Ale Hrabia wdał się w wojenkę, i chuj przegrał! A jak przegrał to przyjechał podjazd i zaczął palić gwałcić i rabować. A że dwie piękne siostry miałem to się od razu za ich dupcenie wzięli. No i tatko wypadł na nich ze swoim tasakiem i wichajstrem. Załatwił dwóch zanim go zaszlachtali! Tak mi sąsiedzi mówili bo jedyne co znalazłem w pogorzelisku po tatku i siostrach to ten jego wichajster.  A gdzie ja byłem wtedy zapytasz? Ano w lasach siedziałem bo jak nas wojska barona pod brodem rozbiły to w las spierdalaliśmy. Bo wiesz? Jak ten ostatni kiep się do armii Hrabiego zaciągnąłem! Uwierzysz? Ja w armii! Tyle tylko że krótka to była służba. Dali mi pikę. A może to była kopia? Kurwa nie pamiętam! Sierżant kazał zaostrzone we wroga skierować i kuć puki się rusza, a jak przestanie to skierować w następnego. Powtarzać do wyczerpania wrogów. Kumasz? Takiego słownictwa używał! A ja co trzecie słowo rozumiałem może. Te komendy to jakiś sekretny język chyba. I tyle tego treningu było. I poszliśmy. Za Hrabiego! Ech młody, głupi byłem. Lat pewnie tyle co ty miałem. No i dali nam łupnia pod brodem…
Dobra a teraz zakładaj moje ciuchy. I słuchaj dalej bo mnie na gadane zebrało…
Ze mną w szeregu był taki chłopak z sąsiedztwa. Stał koło mnie tyle co ty tutaj stoisz. Padła komenda: FRONTEM DO BRODU! A ja się kurwa zastanawiałem co to znaczy frontem! Ustawiliśmy się jako tako gdy nagle z za wzgórza wyjechała konnica barona. Widziałeś kiedyś Imperialną Konnicę? Piękna sprawa… Tyle że tym razem to ja byłem po drugiej stronie. Ścieli nas jak kłosy zboża na żniwa. Chłopak koło mnie stracił głowę. Rozumiesz? Dosłownie stracił głowę! Przejeżdżający rycerz  ściął ją jednym cięciem. I wyobraź to sobie głowa poleciała prosto na mnie! Oblała mnie juchą od stóp do głów. I tyle mnie widzieli na tym polu bitwy. Jak bóg mi świadkiem jak jeszcze kiedyś znajdę się na polu bitewnym to sam się na swój miecz nadzieję – będzie szybciej i lżej! No i poszliśmy w lasy. Było przejebane! Dwa dni jeszcze ludzie barona nas szukali i wyłapywali jednego po drugim. A jak cię złapali to cyk… i już dyndałeś na gałęzi. Żeby tego było mało to zwabione zapachem krwi z pól bitewnych z głębi lasu zaczęły wyłazić różne stwory. Na początek było ich mało ale później pojawiły się większe bestie. I ludzie barona musieli zrezygnować z pogoni za nami, i sami wzięli nogi za pas. To były ciemne dni… Ech byłeś kiedyś w głębokim lesie? No właśnie A ja byłem – nie polecam!  Wtedy dołączyłem do grupki maruderów. Zebraliśmy się razem w dwunastu. Przez las przeszło nas pięciu. Nie było gdzie wracać więc zaczęliśmy rabować na gościńcach. Szło nam nawet dobrze dołączyło do nas trzech banitów podobnych do nas. I wtedy natknęliśmy się na pierdolone Rude Kity.
Na początek było jak zwykle, jak się dwie konkurencyjne bandy spotykają. Jesteście na naszym terenie! Ten trakt jest za mały dla nas dwóch. Kitom już wtedy przewodził Armand. Ten Bretończyk. Podobno był z jakiegoś wysokiego rodu. Na pewno gadał jakby był z szlachty. Wyzwał naszego herszta na oficjalny pojedynek! Wyobrażasz sobie? Środek lasu leje jak z cebra a on się naszego herszta pyta o sekundanta! Ech trzeba mu przyznać jednak, że mieczem to on umiał robić. Rachu ciachu i już byliśmy w bandzie Rudych Kit. Z początku było fajno. Zastawiało się drogę jakimś drzewkiem potem czekało na kupców, no i na koniec spierdalało przed strażnikami dróg. Taka rutynka. Parę ładnych latek mi tak przyjemnie minęło. Poznałem wtedy Rolfa. Rolf był doradcą Armanda. Ale swój chłop. Uratowałem mu raz życie jak nas łotry barona w zasadzkę wzięli. Wziął mnie później na bok, i mówi mi. Słuchaj mnie młody. Widzę, że łeb masz na karku. Spieprzaj z tond póki możesz. Tutaj nie ma przyszłości. Armand chce postawić się baronowi. Jeszcze zbiera siły, ale jak poczuje się mocny, wda się w wojnę, której nie może wygrać. Poza tym co cię  tu dobrego czeka? Na starość zaczną cię boleć kości, zimą złapiesz jakieś choróbsko a na wiosnę nie będzie już Otta. Wtedy go nie słuchałem ale pół roku temu na wiosnę Armand przemówił na rynku w Koch. I wtedy już wiedziałem, że Rolf miał rację. Co innego kupcom gotowiznę gwizdnąć a co innego dać pola wojsku barona. No i stało się. Ubrał nas w te cholerne mundurki, co masz teraz na sobie, ogłosił że wszyscy ludzie są równi, wolni, i takie tam inne pierdoły. Myślał że spowoduje powstanie biedoty. A biedota jak zwykle wypięła dupę i dała się wyruchać. No i jesteśmy tu i teraz. Nie ma już Armanda. Nie ma Rudych Kit. Baron ozdobi Kitami kilka traktów i ogłosi wielkie zwycięstwo. Ale ja będę już daleko stąd. Wiesz mam jeszcze starszego brata. Jak byłem jeszcze mały wyruszył na trakt. Od tamtego czasu nie miałem żadnych wieści od niego. Myślę że go poszukam… 
I tu kończy się moja opowieść. Kończy się też twoje szczęście…  CIACH!!!
(Słychać zadawany cios i ostatni oddech więźnia)
Bo widzisz Klaus… ilość rudych kit na palach musi się zgadzać. Wiesz co by się działo gdyby zabrakło jednego ciała? Wiesz ile koron baron musiałby wydać żeby mnie odszukać? A tak strażnicy znajdą twoje ciało w strumieniu za tą chatą. Niestety buźkę będziesz miał tak poharataną że nikt cię nie rozpozna a pechowo dla ciebie jesteśmy tej samej postury… Sztuka jest sztuka. Przykro mi Klaus. Polubiłem cię, ale siebie lubię bardziej. Ale Nie martw się! Twoje imię nie zostanie zapomniane! Wiesz? Bardzo mi się spodobało a ja w nowym miejscu będę potrzebował nowego imienia.




Klaus Kohler z Witenberg.

 


Cholera muszę się dowiedzieć gdzie to jest, żeby głupio nie wpaść… Dość gadania. Czas na golenie!!!