niedziela, 19 lutego 2017

Team Yankee

Heyka!

Zostałem wczoraj odwiedzony przez niespodziewanego gościa. No w sumie, może nie do końca niespodziewanego, bo zadzwonił dzień wcześniej i pytał czy mam czas, ale na pewno rzadkiego. Hipolit - bo o nim mowa - pojawił się wieczorem. I podstępna bestia przyszła z podręcznikiem i modelami do nowego systemu bitewnego!!! (I dwoma wiśniówkami żeby omówić temat.)


Hipol, podobnie jak Majki w przypadku Epicka i Gothca, wiedzą jak zadziałać na moją psyche. Nie, nie. Nie namawiam cię! Broń boże! Ale zobacz jakie mam ładne, nowe modele. I wiesz? W sumie to wychodzi wcale niedrogo. Taaa. (Już raz tam byłem...)


Team Yankee - bo mówimy o tym systemie - to nowe dziecko Battlefront Miniatures. "World War III" mówi podtytuł na okładce. I już wiemy, w jakich realiach będziemy toczyć potyczki. Gra opowiada o hipotetycznej wojnie, pomiędzy NATO a Paktem Warszawskim, jaka miałaby mieć miejsce w 1985r. Wojna ta została opisana w powieści Harolda Coylea. Niestety nie znalazłem polskiego wydania tej książki. A szkoda bo chętnie bym poczytał. Na Amazonie można kupić oryginał - kto wie może się skuszę...
Ale wróćmy do gry. Zimna wojna przeistacza się w gorącą. Obie strony wstrzymują się jeszcze z odpaleniem głowic atomowych, a po terenie zachodnich Niemiec przetaczają się zagony pancerne.
No właśnie zagony. Bo ta gra to nie pojedynczy żołnierze ale podobnie jak w przypadku Flames of War dowodzić będziemy całymi batalionami. Skala rozgrywki to 1:100 lub 15mm - jak kto woli.



Zarówna książka jak i modele wywarły na mnie spore wrażenie. Książka o dziwo nie jest gruba - jak na podręcznik do gry bitewnej. Wszystkiego jest 120 stron. Twarda okładka, kredowy papier, piękne zdjęcia. W dzisiejszych czasach to już standard. Ale nadal przyjemnie się bierze do ręki tak wydany podręcznik. Widać, że firma ma już doświadczenie w wydawaniu systemów bitewnych, bo wszystko jest tam, gdzie być powinno. W książce nie ma chaosu i każdą informację z łatwością można odnaleźć. Na końcu książki znajduje się skrót i podsumowanie wszystkich zasad. Większość zasad oprócz opisu posiada zdjęcia z przykładem wykorzystania danego przepisu. Np. na zdjęciu powyżej, możemy krok po kroku, prześledzić jak szarżować na wroga, jak wygląda walka przez przeszkody, czy jak podkraść się piechotą do wroga.


Zasady Team Yankee to wariacja na temat Flames of War. Są nieco uproszczone, nieco bardziej dopasowane do realiów współczesnego konfliktu, ale ich rdzeń jest taki sam. Z mojego punktu widzenia to bardzo dobrze bo zasady FoW bardzo mi się zawsze podobały. Jeżeli ktoś jest zainteresowany szczegółami to polecam:

Oraz:


Nie polecam za to "How to Play Team Yankee" z kanału Flames of War. Rozumiem nie każdy musi być specjalistą od wszystkiego, ale na boga! Ja z moim aparatem, zrobiłbym to lepiej, w swojej piwnicy! Oczywiście przesadzam, ale jako duża firma, promująca swój nowy system, mogliby zainwestować trochę więcej, niż w nieciekawego kolesia w koszuli w kratę, na białym tle, z kiepskim oświetleniem i jeszcze gorszym dźwiękiem! Przynajmniej jest nudno i spokojnie. Pamiętamy filmik promujący OiM!
(Wiem, że i tak mnie sprawdzićie, więc wstawiam linka do tego filmu.)

(i link do prezentacji OiM - ku przestrodze...) 
Swoją drogą wychodzi właśnie czwarta edycja Flames of War. Ale to zupełnie inna historia...


Modele. No cóż, chciałbym napisać, że cud miód i orzeszki. I w sumie to prawda - pod warunkiem, że są plastikowe. Jeżeli chodzi o plastiki tej firmy, to mógłbym pisać naprawdę dużo o ich zaletach, a i tak nie oddałbym do końca, jak bardzo mi się podobają. Ale część modeli, wydana została w starej technologi - żywica + metal. Oj! A już myślałem, że tej techniki już nigdy więcej nie zobaczę. A jednak - stało się. Żywiczne modele nie dość że są brzydkie, drogie to jeszcze się łamią. Kropka. Jedyna ich zaleta to to, że są dostępne. Co ich podkusiło żeby wrócić do tego paskudztwa. Jeszcze w czasach gdy kupowałem FoWa plastik był ich nowym odkryciem i dopiero eksperymentowali z tą technologią. Ale im się udało przecież! Modele w Open fire urzekły mnie swoim wyglądem. A to był 2014 może 2013? Czemu więc jedna trzecia modeli, które kupił Hipolit była z żywicy? Po prostu tego nie rozumiem. Metalowe elementy też pozostawiają dużo do życzenia. Szczególnie piechota nie przypadła mi do gustu. I po raz kolejny pytanie: Czemu nie plastiki!?!


Jeżeli wszystkie modele byłyby plastikowe to chyba dałbym się złapać na haczyk Hipolita. Jednak biorąc pod uwagę, że Hipol zakupił Brytyjczyków, mnie na zasadzie przeciwności, powinni przypaść w udziale Rosjanie. Nie żebym ich nie lubił. Wręcz przeciwnie. Rosjanie to zazwyczaj mój pierwszy wybór w każdej historycznej grze bitewnej. Ale jedną z mocniejszych stron Rosjan jest ich piechota. A ta wykonana została w nieciekawym metalu. No cóż... Sprawa pozostaje na razie otwarta, bo za to modele Hindów i T-72 są po prostu piękne!
I jeszcze jedna sprawa. Ich rozmiar! Przyzwyczaiłem się do modeli w tej skali. Ale to jak urosły czołgi od czasu drugiej wojny światowej, ciężko jest ogarnąć!



I widać to na stole. A helikoptery są jeszcze większe od czołgów. A rosyjskie helikoptery są jeszcze większe od brytyjskich! Armie wyglądają naprawdę imponująco.


I jeszcze trzy grosze, dla polskich Januszów. :-) Jako, że to gra historyczna, to można przecież poszukać na rynku zamienników. Nie szukałem długo i znalazłem mnóstwo modeli w podobnej skali. Nic tylko kupować. Ale czy warto? Za parę złotych mniej pozbawiamy się pięknych i o dziwo praktycznych kart, jakie można zobaczyć powyżej. Dodatkowo śmigłowce i  samoloty wyposażone zostały w naprawdę fajnie wykonane podstawki, oraz, co dla mnie jest nowością, w magnesy pozwalające na czas transportu ściągać trudne do przenoszenia śmigła i podstawki. Z drugiej strony, cena za dwa śmigłowce to około 105zł, a w pobliskim sklepie modelarskim znalazłem ofertę w tej samej skali za 28zł. Magnesy kupuję tam za grosze! Chyba trochę pojanusze. :-) A na pewno śmigłowce, bo różnica ceny za czołgi, to już zaledwie 5zł. I chyba nie warto się szczypać. Natomiast gdy znajdę zamienniki żywicznych modeli to nie będę się wahał ani chwili!


Cóż więcej mogę napisać? Gra przypadła mi do gustu. Jedyne co mnie powstrzymuje to brak partnerów do gry. Tak wiem, można się z kimś umówić na mieście. Ale rzadko kiedy miewam czas na takie wypady.  A Hipolit niestety odwiedza, nas prawie jak św Mikołaj. Raz do roku... Z Mikołajem mają jeszcze wspólną długość brody. ;-)
Pożyjemy zobaczymy. Na razie zamówiłem sobie jednego Hinda w skali 1:100 i zobaczymy jaką jakość prezentują.

Pozdrawiam.

piątek, 17 lutego 2017

EPIC 40K Reaktywacja



Heyka!



Była taka scena we Władcy pierścieni:


 [Dawid szlocha w kąciku]
-Dawidku… Dlaczego płaczesz Dawidku?
-Źli ludzie skrzywdzili nas, oni śmiali się z nas! Drwili! Że gramy niepomalowanymi modelami. Szare szeregi mówili.
-Oczywiście że tak. Mówiłem że tak będzie. Mówiłem że są fałszywi.
-Ale to nasi przyjaciele… nasi przyjaciele.
-Zdradzili nas!
-Nie, to nie twoja sprawa. Zostaw nas samych.
-Brudni mali koledzy. Śmiali się z nas!
-Nie… Nie.
-Co z tym zrobimy?
-Dajcieeee mi PODKŁADDDD!!!
[wszask]


Właśnie!
Wybiła wreszcie TA godzina. W związku z tym, że pierwszy wspólny termin zawaliłem (sorki Majki), a kolejny wypada dopiero 13 marca, dostałem dodatkowe trzy tygodnie czasu, które mogę poświęcić na przygotowania do bitwy.
Zazwyczaj te dni wyparowały by mi, niczym woda na pustyni, albo alkohol z barku alkoholika. Koncept rozgrywki siedziałby gdzieś z tyłu głowy. Zabierałbym się do tego niczym pies do jeża. I w końcu - nic bym nie zrobił w temacie przygotowań, czas zmarnował na World of Warships, i dalej grał niepomalowanymi modelami. Narażając się na drwiny...


Ale tym razem postanowiłem że będzie inaczej!
Zobaczymy jak mi to pójdzie. Bo już kilka razy zabierałem się za podobne projekty i życie zawsze pokazywało mi środkowy palec. A w przypadku mojego słomianego zapału, wystarczy mnie odciągnąć na kilka dni, poczekać aż żar wygaśnie, i już mamy kolejny projekt zamrożony w piwnicy, czekający na czas, który nigdy nie nadejdzie.
Wrzućmy jednak trochę optymizmu!


Ok - najtrudniejszy pierwszy krok - a ten już wykonałem. Wraz z grupą archeologów przebiliśmy się przez wierzchnie warstwy osadowe. Odnaleźliśmy Arkę Przymierza, świętego Grala i pudło z figurkami do Epica. Dwa pierwsze przedmioty zostawiłem dla Indiany Jonesa, a pudło zabrałem do dalszej pracy.


Jaki podkład zastosować? Zazwyczaj jestem zwolennikiem czarnego podkładu, bo lubię gdy…
STOP!
Zaczynam brzmieć ja zawodowiec, a musicie wiedzieć że jeżeli chodzi o malowanie, to jestem TOTALNYM amatorem. Na boga! Traktujcie ten wpis jako pamiętnik a nie poradnik! Dla własnego dobra uznajcie, że nie wiem co robię, a jedynie eksperymentuję. Jestem niczym dziecko, zastanawiające się jaki związek może mieć śrubokręt i dziurka od kontaktu. Dobra, gdy wyjaśniliśmy już tę sprawę, to pozwólcie że zacznę jeszcze raz...


Przeczytałem gdzieś, że używając czarnego podkładu osiąga się ciemniejsze, bardziej ponure modele, i ja osobiście jestem zwolennikiem takiego stylu. Biały podkład to znowu żywsze i bardziej jaskrawe kolory. A co z podkładami w innych kolorach? Bazowo nawiązujące do kolorystyki modelu? Wiecie co? Spróbuję! W końcu jeżeli bazowy kolor będzie taki jak zamierzony to połowa malowania będzie za mną. Prawda? ;-)


Mój ulubiony orczy klan to BAD MOONS. Więc będę potrzebował żółtego. Hmm gdzieś tu miałem spraye… A! Bo w międzyczasie, jak mnie nie było na blogu, to rozegraliśmy się w GOTHICA. I pomalowałem sobie stół - w kosmos. Zdjęcie poniżej. Ale to zupełnie inna historia...(Zainteresowanych GOTHICKIEM proszę o komentarz – bo nie wiem czy warto o tym pisać.)
Ale dzięki temu mam spory zestaw sprayów. 


Bad Moons – żółty - check.
Jeden detachment będzie na pewno złożony z Evil Suns –czerwony  - check. 



Trochę Goofsów nigdy nikomu nie zaszodziło – czarny – check.
Lootasi pasowali by być z Death Skuls – niebieski – Zonk!
A zonk wynikł z tego że pospieszyłem się trochę i całą piechotę podłożyłem na czarno. No cóż. A taki miałem ładny niebieski spray.


Efekty wczorajszego zrywu macie na zdjęciach porozrzucanych po całym artykule. Bardzo proszę o doping w komentarzach. A jak czytają mnie jacyś Gotycy(?) Gothicowcy(?) bo na pewno nie Goci… Ludzie zainteresowani Gothickiem! To niech też dadzą znać, będę wiedział że warto szukać zaginionej floty. Z małej litery bo po prostu ją gdzieś zgubiłem, a nie, że nazywa się Zaginiona, jak u Jacka Campbella ;-)
Pozdrawiam.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Zapomniane bitwy...

Heyka!

Robiąc porządki na dysku znalazłem stary katalog ze zdjęciami bitew, które rozegraliśmy już dość dawno temu, ale do tej pory nie doczekały się raportów na Blogu.
Mało tego! W 2015 roku (bardziej konkretnie- tutaj) odgrażałem się że ta konkretna bitwa pójdzie na bloga! A nie poszła...
Trzeba naprawić ten mały błąd!


 Więc na sam początek - Werter. Bitwy z Werterem to takie małe jednorożce, każdy o nich słyszał ale niewielu widziało. Więc jak tylko udało mi się go wreszcie zmusić go do zagrania w Bolta musiałem to udokumentować fotograficznie. Żebym miał dowód, że w ogóle się odbyła. I dobrze, że je zrobiłem, bo taka okazja już się od tego pamiętnego dnia nie powtórzyła! A był to wrzesień 2015!!!
Tak tak WERCIU nie graliśmy razem w bolta od 2 lat!


Oczywiście po tak długim czasie jaki minął od tego wiekopomnego wydarzenia nie pamiętam żadnych szczegółów bitwy to jednak zdjęcia wyszły fajnie i chętnie wrzucę je tutaj, na bloga.


Armia Wetera.
Opisuję wyłącznie na podstawie zdjęć Zupełnie nie pamiętam na ile punktów się wystawialiśmy. Tym bardziej nie pamiętam dokładnych rozpisek. Ale mieliśmy raczej zachowany WYSIWYG. A wiec na pewno był tam Stug , trzy oddziały grenadierów, średni moździerz, MMG, snajperzy, dowódca.


U mnie Sowiecki standard: Dowódca,  dwa oddziały gwardyjskie – pomieszane pepesze z riflami do tego LMG i pancerfausty. Jeden oddział SMG, jeden darmowy rifle squad T34/76 i działo zis-3. Do tego dwa anti-tank rifle i snajperzy.


Zupełnie nie pamiętam o co walczyliśmy. Celem mogły być dwa budynki w centrum, ale bardziej prawdopodobnie - biorąc pod uwagę ruchy Wertera - graliśmy po prostu Maximum Attrition ze starego podręcznika.
Moje wystawienie na zdjęciu powyżej. Środek pola obsadzony przez oddziały gwardyjskie, wspierane przez T34. Od lewej działo Zis-3 z maksymalnym polem ostrzału, oraz zabezpieczający lewą flankę radzieccy chłopcy z poboru - darmowy oddział niedoświadczonej piechoty. Snajperzy szukający wrogich MMG i moździerza bliżej środka za łanem zboża.
Prawa flanka w gotowości do natarcia - Pepesze załadowane i gotowe do boju. Ich natarcie miały wspierać karabiny przeciwpancerne, a Starszy Lojtnant Ławrow miał trzymać ludzi w kupie.


Werter na środku pola wystawił Stuga. To była jedna z naszych pierwszych bitew w Bolt Action, a Werter chyba uległ niemieckiej propagandzie, o wyższości niemieckich pancerzy nad rosyjskim sprzętem, bo Stug nie dostał żadnej osłony! Za to, przyszły wrak niemieckiego niszczyciela czołgów, miał posłużyć za osłonę niemieckiemu MMG. Moździerz bardziej zachowawczo postanowił poszukać osłony w pobliskich ruinach. Od lewej wspierał ich oddział grenadierów.

 
Środek miał zatrzymać wrogie uderzenie ale to prawa flanka Wertera szykowała się do natarcia. Trzy oddziały niemieckich grenadierów, wsparte snajperami, mając dowódcę za plecami, postawione zostały na wprost 12 niedoświadczonych chłopów z uralu. Przed sobą sporo osłon, ani grama otwartej przestrzeni... Co mogłoby pójść nie tak?


Armie ruszyły do boju. Obsługa MG42 Wertera stwierdziła, że jednak nie do końca  przemyślała kwestię pozycji początkowej. Postanowiła przemieścić się do ruin, i rozłożyć w kierunku środka pola. Jednak ruch ten zauważyli rosyjscy snajperzy. Po tym jak głowa dowódcy oddziału eksplodowała, trafiona precyzyjnym pociskiem z Mosina, ładowniczy i asystent strzelca podziękowali uprzejmie - "Danke Schon" - po czym grzecznie dodali: "Auf Wiedersehen" i tyle ich widzieli. 


Jednak w pierwszej turze najciekawszy był pojedynek artyleryjsko czołgowy. Środek pola zgęstniał od wysoko-kalibrowych pocisków lecących w obie strony. Jednak strzały były albo niecelne albo odbijały się od pancerzy. Piechota ruszyła do ataku. Zgodnie z moim planem oddział SMG ruszył pędem w kierunku pobliskich budynków, gdy gwardziści zabezpieczali środek pola.
Zgodnie z planem Wertera Niemcy zdominowali las na mojej lewej flance i przygwoździli chłopów z uralu na skraju pola zboża.


W tej właśnie chwili zdałem sobie sprawę, że moja lewa flanka nie utrzyma się długo. Na pomoc rzuciłem wszystko co miałem w środku pola. Były to trochę desperackie próby. Odległość była spora a w środku w dalszym ciągu znajdował się Stug i oddział grenadierów, który ostrzeliwał moje pozycje. Co gorsze moździerz coraz bardziej wstrzeliwał się w moje pozycje.


Niemcy szykowali się do szturmu. Następna w kolejce była moja armata. Obsługa ZIS-a Była zbyt skoncentrowana na Stugu, żeby zauważyć zagrożenie. Raz za razem ładowała pocisk przeciwpancerny i posyłała go w generalnym kierunku wrogiej maszyny pudłując raz za razem. Na szczęście T34 wykazał się większą skutecznością i udało mu się "wstrząsnąć" załogą Stuga.  


Wert skupiony na planowaniu ataku z mojej lewej strony zapomniał o jednym drobnym szczególe.


O jedenastu dzielnych synach matuli Rosyji, którzy niezmordowanie parli do przodu przez łany zboża. Zaryzykowałem i wystawiłem ich na ewentualny ostrzał Niemców w następnej turze!


Nagle pojedynek między czołgami nie był już najpilniejszą sprawą na stole! Wylosowaliśmy pierwszą kostkę trzeciej tury...
Była czerwona! Mój ryzykowny manewr opłacił się. Pepesze ustawione na ogień ciągły, z najbliższej możliwej odległości, nie dały grenadierom żadnej szansy.


Dowódca T34 zauważył wyłom w szeregach wroga i ryzykownym manewrem, wystawiając się na strzał, wjechał w sam środek bitwy. Celem był atak na grenadierów w lesie aby ulżyć trochę lewej flance. W międzyczasie ZIS-3 po raz kolejny zrykoszetował od pancerza  Stuga. Hmmm a może te opowieści o wyższości niemieckiego pancerza to nie była propaganda?!?


Jeden z oddziałów niemieckich pod ostrzałem czterech gwardyjskich LMG, postanowił odskoczyć w las. Ale dwa pozostałe oddziały w dalszym ciągu szykowały się do szturmu.  


W tym momencie obsługa Zis-a popisała się pierwszym precyzyjnym strzałem bitwy!


Stug stanął w płomieniach! Zwycięstwo Rosjan było o krok...
Niemcy widząc, że zwycięstwo wymyka im się z rąk ruszyli do ataku. Chłopy z uralu mieli być łatwą zdobyczą. Jednak stawili zaciekły opór i drogo sprzedali swoją skórę!


Snajperzy ruszyli im na pomoc jednak i oni polegli.


I dopiero zmasowany ostrzał dwóch oddziałów gwardii przerwał dobrą passę Niemców. T34 spełnił swoją rolę eliminując tylni oddział Grenadierów.


Z potężnej Niemieckiej armii pozostały jedynie niedobitki.


Ukryci w lesie Grenadierzy, pozbawieni szans na zwycięstwo, widząc zwracające się w ich kierunku lufy rosyjskich automatów, krzyknęli - "Nicht Schießen!!!" "Hitler Kaputt!!!"



I było po bitwie.


Wert - dzięki za grę. Dwa lata się zbierałem żeby to opisać. :-) Mam nadzieję że wywołany do tablicy stawisz mi czoła w najbliższym czasie i że będzie to godny rewanż!

Pozdro!

niedziela, 12 lutego 2017

TALISMAN - Rodzinnie

Heyka!

Blog powoli zmienia się z bitewnego na planszowy. Ale co mi tam. Skoro ostatnio więcej gram w planszówki to niech tak będzie!
Na wstępie chciałbym jeszcze podziękować wszystkim, którzy dodali swoje komentarze pod ostatnimi postami. Każdy wpis mobilizuje mnie do dalszych publikacji, więc jeżeli podoba Ci się to co widzisz, to zachęcam do zostawienia po sobie śladu w komentarzach. A jeżeli coś Ci się nie podoba, to i krytyka jest mile widziana. Nie da się poprawić bloga, jeżeli wszyscy tylko cię chwalą.

A z innej parafii, to pojawił się komentarz pod postem do Epica 40K który publikowałem jakieś dwa lata temu. Komentarz trochę spóźniony, ale napisałem do Majkiego:

"Hey! Dostaliśmy komentarz pod naszą bitwą w EPICA
Koleś się spóźnił jakieś dwa lata...
Dwa lata? Hmmm może pora żeby odkurzyć figurki?
Co ty na to? Częstotliwość - raz na dwa lata - brzmi EPICKO!!! :-)
Prawda?"

Majki odpisał:

"Widziałem i powiem tyle: Wchodzę w to. Jest tylko kwestia terminu."

Więc jest nadzieja na nowy wpis w tym temacie. Tak, że - dzięki AZ. :-)

A teraz pora wrócić do dzisiejszego tematu. TALISMAN!
Środek zimy. Pogoda nas nie rozpieszcza. Dziecko chore. Smog za oknem. Leniwe popołudnie. Wyjść się nie da bo zapalenie ucha to nie przelewki. Co tu robić? A może zerknąć na szafę i zobaczyć co tam zalega pod grubą warstwą kurzu. Szukam, szukam, aż znalazłem - TALISMAN. Ale czy nie za trudne? Na pudełku napisali "AGE NINE TO ADULT" a młody ma dopiero pięć lat. I to jeszcze wersja angielskojęzyczna!
Dobrze, że młody nie umie jeszcze czytać :-) 


Rozkładamy grę!
Ok - nie wiem jak to napisać, bo ostatnio grałem z chłopakami w RELICTA, który pod każdym względem jest lepszy od TALISMANU. Bo i moja wersja to jedno ze starszych wydań (oczywiście nie to najstarsze - to jedno z wznowień). I nie mam żadnych figurek, jedynie kartonowe sylwetki postaci w plastikowych stojakach. I nie kupowałem żadnych dodatków - więc rozgrywka była dość uboga pod względem treści. Ale przez to, a może dzięki temu grało się DOSKONALE!!!


Każdy z rodzinki znalazł tu coś dla siebie. Bo i żona wyglądała na zadowoloną. Pomimo tego, że w grze nie szło jej najlepiej, i jako pierwsza pożegnała się ze swoją postacią początkową. Ale szybko wylosowała nową i kontynuowała rozgrywkę. Żona nie jest hard core-ową fanką fantasy ani tym bardziej gamer-ką. Raczej toleruje ten klimat niż go lubi, więc to, że TALISMAN nie jest osadzony w żadnym konkretnym świecie fantasy, jest dla niej dużą zaletą. Poziom skomplikowania zasad, też bardzo jej odpowiada. Nie jest zbyt skomplikowana i nie za prosta. Najbardziej podobał jej się poziom wydania gry. Doceniła piękną grafikę, solidność i jakość wykonania. 


Młody też cieszył się grą. Bardzo szybko załapał o co chodzi. I z pomocą rodziców dzielnie prowadził swojego Elfa do boju. Byłem zaskoczony jak dobrze odnalazł się w zasadach. Już po chwili wysunął się na prowadzenie. Najbardziej cieszyło go zbieranie złota i wydawanie go na rożne przedmioty dostępne u kupca i na markecie, który wylosował w jednym z lasów. Gdy ja biegałem zmieniony w ropuchę, żona - ledwo żywa - męczyła się z poltergeistem, młody wyposażony w zakupiony przez siebie miecz i tarczę, znalezioną zbroję zbierał fundusze na zakup muła, żeby upchnąć na nim coraz więcej przedmiotów.    


A ja? Ja znalazłem tu nutkę nostalgii. Tęsknoty za młodymi latami, gdzie każdą wolną chwilę spędzało się przy MAGI I MIECZU. Żona była zaskoczona, że z pamięci bez patrzenia mówiłem jaka szansa jest na zdobycie złota w tawernie i jakie ryzyko niesie ze sobą wchodzenie na skały. Nie dziwiła by się gdyby wiedziała ile czasu za młodu spędziłem przy tej grze...  


Żeby nie było za słodko - kilka wad na zakończenie. Po pierwsze - czas rozgrywki. Znowu to samo. Graliśmy bez dodatków, a mimo tego gra zajęła nam jakieś dwie godziny. Po tak długim czasie młody zdążył się już znudzić. Przeprowadził dwa ataki na krainę wewnętrzną, jednak gdy za drugim razem z kopalni wyszedł w tawernie (z krainy wewnętrznej do zewnętrznej) - zrezygnował z dalszej gry. I nie dziwię się mu. Pod koniec też już miałem dość. A nie nudziłem się tak jak przy RELICT-cie bo graliśmy tylko we trójkę i nie trzeba było długo czekać na swoją kolejkę. Napisałem "kilka wad" i "po pierwsze" ale po przemyśleniu i konsultacji z żoną i dzieckiem, doszliśmy do wniosku, że to właściwie jedyna wada rozgrywki.
Z drugiej strony gra, która potrafi utrzymać przy sobie ruchliwego pięciolatka na dwie godziny?!?!
Każdy kto ma kontakt z dziećmi uzna, że lepszej rekomendacji nie potrzeba!

"Super się podobało i były fajne postacie" - Marcinek.

Cóż można powiedzieć więcej... Kto zna - wie. Kto nie zna - niech lepiej kupi i zagra!

Pozdrawiam.

sobota, 4 lutego 2017

Teraz Planszówki!

Heyka!
Pamiętacie taką zabawę przedszkolną?

„Kolana były ? - były!
łokcie były? - były!
to teraz ramiona!
Tańczymy labada labada, labada,
Tańczymy labada, małego walczyka…”

Pewnie że pamiętacie! To ja teraz zapytam:

Bitewniaki były? - były!
RPGi były? – były!
To teraz PLANSZÓWKI!!!




Skąd planszówki? Ano jak przekonaliśmy się ostatnio we własnym gronie – osobie pracującej, ciężko znaleźć czasami wolny wieczór, który mógłby poświęcić na zagranie z kolegami. A znalezienie wspólnego, wolnego wieczoru dla grupy sześciu czy siedmiu osób jest po prostu niewykonalne!
I tak, pomysł na kontynuowanie kampanii RPG, którą opisywałem w poprzednim poście legł niczym Goliat trafiony pociskiem Dawida.
Przetestowaliśmy (na ostro) spotkanie w knajpie – wyszło wspaniale, ale niewiele pamiętam z tamtego wieczoru… Pamiętam tylko że testowaliśmy po kolei – metodycznie – wszystkie drinki z menu… A jak wybór się skończył, kazaliśmy barmanowi wymyślać nowe!
Ech powiem tylko, że żona nie była zachwycona następnego dnia. Na szczęście byliśmy umówieni ze znajomymi z przedszkola młodego. Więc, nic nie mówiąc, widząc że nie podołam, zabrała dziecko i nie było ich pół dnia – a ja mogłem powoli dochodzić do siebie… Złota kobieta! :-)
Taaak. Knajpa - fajna rzecz - ale drogo i niezbyt dobra dla zdrowia, i spokoju małżeńskiego. Zebrać ludzi w jednym terminie – nie podoła. Pozostaje znaleźć coś, co można rozegrać z przyjemnością w jeden wieczór. Znacie coś takiego?



Planszówki.
Mieliśmy już mały romans z planszówkami. Na pierwszy ogień poszedł Zombiecide - Dark Plague. Jako wytrawni gracze złamaliśmy grę już za drugim podejściem! Ale o tym kiedy indziej…

A dzisiaj - Relic FFG, bo o nim będę pisał. To już dość leciwa gierka, ale wczorajszego wieczora miałem przyjemność(?) spotkać się z nim po raz pierwszy w swojej karierze.

Skąd pytajnik przy słowie przyjemność? A to już musicie przeczytać tekst do końca, żeby się tego dowiedzieć, bo zacznę od plusów.


 A pierwszy - największy plus jest taki, że gierka wydana jest na najwyższym poziomie. Piękne grafiki. Figurki – popiersia – dla każdego gracza. Mnóstwo żetonów z twardego kartonu. Obrotowe znaczniki cech dla graczy. Składana plansza z grubego kartonu. No po prostu uczta dla oka. Feeria wzorów i barw. Kilkadziesiąt (kilkaset?) kart w różnych taliach. No po prostu cud miód i orzeszki. Wszystko czego można by było wymagać od gry planszowej - jest!
Znajomy o dźwięcznej ksywie LOBO... (mała dygresja – anegdotka: Lobo siedzi już w pomieszczeniu gdzie graliśmy przychodzi Werter z Tagarem. Wert przedstawia Tagara: „TAGAR – LOBO – LOBO – TAGAR”. Na co chłopaki podają sobie ręce i jeden skromnie mówi: „Pioterk” a drugi odpowiada: „Bartek”… Tia i tyle z ksywek i secret identity… Jakbym widział Supermana z Batmanem – „Clark? – Mów mi Bruce” ) :-)

Dobra wracam do tematu. Lobo zakupił oba wydane zestawy dodatkowe, więc oprócz Terminatora Space Marines, Rouge Tradera i innych agentów Imperium mieliśmy okazję przetestować Berserkera Khorna i Obiekt X – Tyranidzkiego lidera roju genokradów.




Drugi plus – zasady. Pamiętacie Magię i Miecz? Grę na licencji GW wydaną w dawnej Polsce. Jeżeli to czytacie to raczej pamiętacie. Więc jeżeli chodzi o zasady to:
Magia i Miecz = Talisman. A Relict to Talisman na mocnych sterydach! Zamiast jednej talii „przygód” mamy trzy talie do wyboru. (a z dodatkiem – cztery, a nawet pięć licząc Nemezis). Gracze wykonują indywidualne misje, zbiera się przynależności do różnych frakcji, rozbudowany został sposób rozwijania postaci. No po prostu wszystko jest takie samo - tylko lepsze i bardziej rozbudowane. Przy czym core to dalej stary, dobry MiM, więc grając po raz pierwszy, pomimo mnogości zasad nie czuliśmy się zagubieni.
Kolejny plus to świat w którym rozgrywa się gierka – to mroczne uniwersum 40 tysiąclecia z WARHAMMERA 40K. Jako wielki fan tego uniwersum (jeszcze do nie dawna, bo ostatnio wypadłem z obiegu, a wieści na temat nowych dodatków wyglądają niepokojąco - RIP Cadia) umieszczam tą cechę jako plus.   


A wady? No cóż. Do gry jako takiej nie mogę się przyczepić. Ale ja, osobiście, nie bawiłem się dobrze. Jak to? Zapytacie. Chwalisz grę jak burdelmama ulubioną dziewczynę a teraz, że nie bawiłeś się dobrze? Ano tak to, że gra pierwotnie została zaprojektowana na 4 osoby max… A my graliśmy w siedem! Czekanie na swoją kolejkę to czysta nuda. Przy czterech graczach to oczekiwanie jest dużo krótsze - ergo mniej nudy. Ale tutaj grałem postacią, która nie mogła nic robić w fazie przeciwnika, więc dopóki nikt nie walczył z Tyranidami, to po prostu było mi wszystko jedno kto, gdzie, i z kim.
Następna wada. Gra jest czysto losowa. Zero taktyki zero strategii – rzucasz kostką i patrzysz co wypadło. Poturlałeś dobrze - gratulacje! Kostki cię dzisiaj nie lubią? Lepiej idź do domu. Bo nic nie ugrasz. Niby gracze jakaś tam taktykę mogą opracować – różne kolory tali przygód sprawiają, że można w pewnym ograniczonym stopniu kontrolować jak się gra. Ale ja grałem „Nemezis”. Gdzie nie poszedłem, karty ciągnąłem z jednej talii.
Kolejna wada – postać, którą grałem. No właśnie– Osobnik X. Następna porażka. Niby fajna mechanika oparta na sianiu przeciwników dla graczy po całej planszy… Ale przy tylu graczach, raz za razem traciłem wojowników roju, a dobiło mnie, gdy jeden z graczy pociągnął kartę „Burza Osnowy” usuwającą wszystkie karty ze stołu – w tym wszystkich moich sojuszników! Dodam tylko że Obiekt X nie ma żadnych przedmiotów a siłę czerpie tylko z rosnącego w siłę roju Tyranidów. Jedna karta i reset postaci!
Następna sprawa - jej rozwój. Inni gracze muszą usprawniać swoje postacie, żeby na końcu zmierzyć się z wyzwaniami strefy wewnętrznej. A ja – żeby wygrać potrzebowałem zbierać punkty niesławy, które w żaden sposób nie poprawiały mojej postaci. A gra często stawia cię przed wyborem: Ulepsz swoją postać albo dostań punkt niesławy.
Tak, tylko żeby dostawać te punkty, tą postacią musisz atakować innych graczy, a żeby ich atakować musisz się rozwijać równie szybko co oni bo nie dostaniesz następnych punktów… I koło się zamyka! A w ¾ gry, gdy już robi się interesująco – genokradzi porozstawiani na pozycjach rosną w siłę ktoś losuje jedną kartę i reset! Wracasz do punktu wyjścia. 



Jeszcze jedna wada, która niby powinna być zaletą. Dodatki! Tak, zwiększają możliwości gry, dodają nowe opcje, nowe karty, nowe postacie. Ale... Dramatycznie wydłużają czas rozgrywki. Znacie to z MiMa? Mija właśnie piąta godzina grania, a jedna postać utknęła w „Jaskini”, druga stara się o profesje Arcymaga w „Mieście”, trzecia siedzi w „Kosmicznej Otchłani”. I nikt nie pamięta nawet że pierwotnym celem była Korona Władzy. I podobną sytuacje mieliśmy z Relictem. Zaczęliśmy o dwudziestej… O północy, nikt nie był nawet bliski przejścia do strefy wewnętrznej! Jedynie Tagar wykazywał jakąkolwiek ochotę na wygranie rozgrywki, a reszta graczy nawet nie raczyła wejść do strefy środkowej. Większość snuła się bez celu gdzieś po halach Świętej Tery. No i zmusiliśmy Tagara żeby wygrał :-) Gra w której musisz zmusić jednego z graczy żeby wygrał? No właśnie! 

Na szczęście dopisało towarzystwo! Chłopaki jak zwykle nie zawiedli, w pewnym momencie już bolał mnie brzuch, od ciągłych salw śmiechu. Lepsza kiepska gra w doborowym towarzystwie niż najlepsza gra z kiepskimi partnerami! I dlatego właśnie nigdy nie chodzę na żadne turnieje :-) Ci co chodzą wiedzą o co chodzi…
Słówko podsumowania i znikam. Gra, jako pretekst do spotkania i zagrania, nadaje się jak najbardziej. Jest pięknie wydana i ma przemyślane zasady. Jednak bardziej wymagającego gracza odrzuci po pewnym czasie jej całkowita losowość. No i nie mogę jej polecić do grania w większej grupie. Pierwotny limit – cztery osoby max, nie powstał bez powodu. Tyle w temacie RELICTA.

Macie może do polecenia jakieś gry dla 6+ graczy? Planujemy przyjrzeć się Batllestar Galactica i Grze o Tron. Ale może ktoś poleci coś innego w komentarzach?

Pozdrawiam Narka!