sobota, 15 sierpnia 2015

RPG sesja pierwsza - relacja.


Heyka!




RPG ciąg dalszy. Poznaliście już moją postać. Ale to nie wszystko! Jako, że zapłonąłem, trzeba korzystać z energii póki jest. Pierwsza sesja za nami i jest co opowiadać. Ale może oddam głos Karlowi:




 Tak Arturze i skończyło się konwojowanie… Tamci dwaj poszli na zwiad to możemy sobie pogadać troszeczkę. Wiesz Artur? Lubię cię! Bardzo dobrze mi się z tobą gada. A że cię lubię, to ci wszystko powiem. Uczciwa praca nie popłaca! Ledwo się do uczciwego konwojowania wziąłem to znowu się wszystko spierdoliło…
Ale zacznijmy od początku. Na resztkach pieniędzy z poprzedniej profesji dotarłem do Middenheim. A właściwie pod mury - bo do miasta mnie wpuścić nie chcieli. Skurwysyny! I ich pierdolona polityka imigracyjna. Pieprzony strażnik stwierdził, że mu na wywrotowca wyglądam, i że nie tutejszy jestem, i że mnie odmawia prawa wejścia! Tak skurwiel powiedział. A mleko to mu jeszcze spod nosa ściekało. Szczyl jeden! Dali takiemu odrobinę władzy i już się panoszy jak Hrabina na grzędzie. Jeszcze go życie w dupę porządnie nie kopnęło. Tylko łapówki i korupcja, zero uczciwości w tym parszywym świecie!  A ja już ostatnie rogatki lasem musiałem mijać, bo mi na piwo ledwie w knajpach stawało. I kogo to spotyka? MNIE! Uczciwego banitę z wyrokiem!


Ale nic to, myślę se - do miasta za darmo nie wpuszczają to się podepnę do jakiejś karawany. I tak do miasta wjadę. I niewiele myśląc dalej się po różnych podróżnych i kupcach zacząłem kręcić i wypytywać. Bo tam u podnóża miasta to kupa ludu się przez karczmy i zajazdy przewala. No i znalazłem takiego jednego. Mówi mnie, że mnie do konwojowania weźmie! I że jeszcze mi zapłaci! Ja mu na to - bracie z nieba mi spadasz, złociutki, napijmy się jeszcze razem, skoro rano wyruszamy! Wypiliśmy! Oj wypiliśmy… No i wyruszyliśmy rano…
Tyle że w drugą stronę! Bo oni nie do miasta, a z miasta wyjeżdżali. Jak żem się na wozie obudził to z początku złość mnie taka wzięła. Ale potem myślę se. Nie ma tego złego. Przejadę się. Zarobię trochę. Okolicę zwiedzę. A że zapłata godziwa miała być to mnie pewnikiem następnym razem puszczą do miasta. Poza tym myślę se tak - sekretne znaki znam - więc jak się jakieś banity nawiną to zobaczę po której stronie siła stoi i jak coś to się wróci do dawnej profesji.
Ale znaj moje szczęście… Kilka dni minęło spokojnie a tu naraz! Jak drzewo nie pierdutnie! Jak się strzały z nieba nie sypną! Nie uwierzysz mi mój drogi ale pierwszy wóz z pierdolonej KATAPULTY dostał!!! Myślę sobie - uuu to nie rozbój! Mi to bitwą pachnie. Bo widzisz. Porządni banici to jednak swój honor mają. Wiadomo, łatwiej by było z lasu wszystkich na wozach powystrzelać i wszystko twoje. Ale to nie ekonomicznie. Bo Rolf mi to kiedyś wyjaśnił. Jak kupców pozabijasz i cały dobytek złupisz to co ty z tym całym dobrem zrobisz? No co? Tośmy banici nie kupcy. Tu trzeba kalkulować. A nie tylko cepem i pałką machać. Bo widzisz. Kupce jadą, to trzeba najpierw wyskoczyć. Potem grzecznie poprosić. Jak się stawiają to ochronę obić i siłą zabrać, ale tylko gotowiznę! Bo jak kupcom towar zostawisz i zbytniej krzywdy nie zrobisz to niechybnie tą samą drogą wracać będą… Kalkulujesz to sobie? No... raz jak transport wina wieźli, to kupców z gołymi dupami, dosiadających gołych ochroniarzy w dalszą drogę puściliśmy. Ale to wyjątek był!
Nic to! Na wspominki mnie wzięło, ale wracając do tematu. Strzały lecą, katapulty strzelają, cosik wyje w lesie, myślę sobie ani chybi bitwa! No to krzyknąłem „DO BRONI!!!” i „WRÓG W LESIE!!!”oraz „NAPRZÓD DO ATAKU!!!” i chodu do lasu! Ja już raz w bitwie stałem - wystarczy. I powiem ci – nigdy więcej. A więc chodu do lasu, a tu naraz ork mi przed nosem staje. Zawył tam coś po swojemu to dźgnąłem go porządnie mieczem. Głupi nie wiedział, że najpierw to się dźga a potem wyje. Miałem mu poprawić ale niestety miecz utknął mi w jego bebechach, i wyszarpać się nie dało. A on wyje dalej i się na mnie toporzyskiem większym niż bochen chleba zamachuje! Niewiele myśląc zdzieliłem go tarczą, i dawaj ile sił w nogach. Tarcza została w jego kolanie. Ale nic to, został mi łuk i wichajster. Przez ramię się oglądnąłem tylko i zobaczyłem, że tam przy wozach to i tak na wiele bym się nie przydał. Na szczęście u podnóża góry znalazła się jakaś jaskinia.  I byłoby pięknie bo nikt mnie chyba nie widział, przesiedziałbym całą drakę w spokoju, a potem czmychnął lasami... 


 Gdyby nie tych czterech co się z okrążenia wyrwało i uciekało w tę samą stronę, tyle że już z ogonem. Dobiegli do MOJEJ jaskini i hajda do środka jakby u siebie byli. Widzę pierwszy to elf, drugi chyba jego kompan bo obwieszeni kajdanami i linami jak drzewko Ranalda na festynie. Wiesz te drzewka co to dzieciaki mają słodycze z nich zwędzać, a dorośli udawać że niby pilnują a ich nie widzą. Za nimi następny, ale temu chyba gorzej poszło bo flaki to se ręką podtrzymywał. Ostatni też nie najszczęśliwszy był, bo przy wejściu strzałę prosto w plecy dostał. Padł na ziemie. Pomogłem szybko temu pierwszemu konającemu biedakowi z flakami na wierzchu. Przytrzymałem mu głowę, szepnąłem – spij bracie, nie ma bólu, tylko sen. Poleciłem jego duszę Morrowi, i wraziłem mu wichajster prosto w serducho. I tak nic by mu nie pomogło, a cierpiał niemiłosiernie. Do medyka daleko, a jeszcze by zaczął wyć i nam więcej tych śmierdzieli na głowę sprowadził. Za tą usługę zabrałem mu tylko nóż i sakiewkę. Jemu już i tak się nie przyda a ja jeszcze dycham. Ten ze strzałą kulturalnie skonał sam z siebie. Zostaliśmy we trzech. Ciemno jak w dupie Kislewity. Ale widzę, że tamci coś kumają. Jeden stanął z boku wejścia, drugi coś z liną kombinuje. Mogło być gorzej. Zrobiło się cicho. A tu naraz jak nie wpadnie goblin do środka. Wleciał jakby go z tej katapulty wystrzelili. I dalej, drze się  wniebogłosy w tym ich piskliwym skowycie. Jak na komendę do jaskini wbiegło dwóch orków. Myślę sobie – już po nas! Palnąłem z łuku w tego goblina. Elf zamachnął się liną i rzucił w jednego z orków! Jakby byka za rogi łapał!  Uwierzysz? Co on tą linką chciał zrobić to nie wiem, bo ani miejsca na zabawę nie było, ani widownia nie sprzyjająca takim popisom, ani masa nie po jego stronie stała. Bo wiesz? Ten ork to tak na dobre dwa kwintale wyglądał, a elfowi to do jednego sporo brakowało. Ork tylko warknął i rzucił się na elfa. Ale tamten był szybszy! Oj nie chciałbym się z tym elfem na ubitej ziemi spotkać! Myk, wymyk, skok, odskok, doskok. Wyglądało to, jakby tańczył w tawernie, a nie z orkiem na śmierć i życie walczył! A i ten jego kompan niczego sobie. Na mnie jakby dwa orki szarżowały, to bym się chyba z radości zesrał i tyle by mnie widzieli. A ten gość, nie dość, że z zimną krwią pierwszego puścił bokiem, to jeszcze na drugiego znienacka wyskoczył! Patrzę jeden walczy z jednym, drugi z drugim, a goblin drze się dalej i z jaskini po pomoc ucieka. Puściłem mu drugą strzałę bo pierwsza, poszła Ranaldowi w okno. Dostał! Ale skurwiel mały się pozbierał i czmychnął poza jaskinię. Nic to, myślę sobie. Jeden problem na raz. A że w jaskini dwa problemy zostały, to od tych trzeba zacząć. Podkradłem się cichaczem na z góry upatrzone pozycje. Znaczy się od pleców. Bo widzisz jak przeciwnik zajęty to o lepszą pozycję niż za jego plecami trudno. Wyczekałem moment i dawaj orka. Ile Sigmar pary dał w rękach. Bo jak się z orkami walczy to do Sigmara po pomoc się trzeba zwracać. To jego domena. Pierwszy cios poszedł jakoś bokiem, ale drugi, ten od wihajstra, trafił tuż pod łopatkę. Puściłem drugi nóż i całą siłą wichajstra złapałem. Uwiesiłem się na nim całym ciężarem, naparłem mocno i czuję, że z zielonego śmierdziela życie ucieka. Dobra! Jeden problem z głowy. Myślę se - sprawdzone sposoby trzeba ponawiać. Dawajcie drugiego! Poczułem się trochę pewniej, bo stosunek trzech na jednego bardziej mi odpowiadał. Pięć do jednego byłoby jeszcze lepiej, no ale nie można mieć wszystkiego. Zakotłowało się, i nim powiesz „Nie taki ork straszny jak się kupą na niego rzucić” truchło zielonoskórego leżało u naszych stóp. Tamci dwaj dawaj doskoczyli do zwłok, jak jakieś hieny cmentarne. Elf złapał za szablę, człowiek za włócznię. Gdzie broń pogubili - nie wiem. Fakt, że cała nasz trójka bohatersko kozikami walczyła. Ja sam, oczywiście przypadkiem, otwarłem sakwę śmierdziela. Nie wiem czego się spodziewałem ale wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Najgorszy smród jaki w życiu wąchałem! A muszę ci zdradzić, że swego czasu z jednej gospody przez latrynę uciekałem! Błeeee! Elf z człowiekiem jako, że dobrze widzieli w ciemnościach zaczęli badać wnętrze jaskini. I znaleźli podwodne przejście, nie wiadomo dokąd. Stwierdziłem, że raczej zaryzykuję zwadę z orkami i goblinami na zewnątrz nim się w nieznaną podziemną rzekę zapuszczę. Zważywszy że woda zimna niemiłosiernie, a ja pływać niezbyt umiem. Gdy oni radzili nad przeprawą, postanowiłem, że zerknę jak daleko goblin zaszedł z moją strzałą w bebechach. I czy jakoś boczkiem nie da się czmychnąć z tej nieszczęsnej groty. Wyszedłem z jaskini i zobaczyłem, że ten mały psi syn już do swoich doszedł. I dawaj krzyczy i pokazuje w naszą stronę. A orków tam więcej niż skwarek w dobrej kaszy! Myślę se TY CHUJU! Ostatni raz porządnego człowieka będziesz palcem pokazywał! Przyłożyłem się do łuku. Przymierzyłem. Widzę, że tamci biegną i drugiego strzału mieć nie będę. I poszła! Sigmar ją musiał nieść, bo tam ze dwieście kroków było, ale trafiłem. Goblin zawył i zaplątał się pod nogi szarżującej orczej hołoty, i tyle go widzieli. Jakbyś go wozem trzy razy przejechał, lepszej papki byś z niego nie zrobił. Orki biegną pod górę i widzę, że swoje poglądy odnośnie podziemnej przeprawy zrewidować muszę, bo z taką ilością zielonoskórych to i na kompanię halabardników by wystarczyło! Wiec chodu do jaskini. Myślę sobie - dobry był z ciebie łuk ale przeprawy pod wodą to ty i tak nie wytrzymasz. Więc kołczan zdjąłem w biegu, łuk do tego. Wpadam do jaskini i mówię do elfa - trzymaj. Wziął, i gapi się na mnie zdziwiony, a ja szczerzę się do niego głupio i wołam „SPIERDALAMY ORKI IDĄ!” I hajda do wody.
Oj ciężko było. Ciemno, zimno. W płucach to paliło jakby ogień z kuźni. Myślę sobie – koniec. Już po tobie dzielny Otto. Bo tak se myślę że jakbym do Morra jako Klaus poszedł to może bym się z tatuśkiem i siostrami znaleźć nie mógł. I umarłem…


 Wygrzebałem się z wody a zimno jak na Mondstille*. (*Mondstille - przesilenie zimowe według kalendarza imperium, źródło wikipedia) Ciemno niby oko wykol. Zupełnie jak kapłani mówili, że po śmierci będzie. Wołam! Tatusiu! Siostrzyczki! I słyszę za sobą, że coś się gramoli z wody, kaszle, prycha. Tatusiu! wołam jeszcze raz. I słyszę głos tego gościa z jaskini – Spierdalaj! Tak mi cham powiedział! A ja żem mu z orkiem pomógł. Zaraz obok czuję - elf się gramoli. Myślę sobie – eee to jeszcze żywym bo na taką karę, żeby z tymi dwoma po śmierci znowu się spotkać, to żem chyba nie zasłużył. W końcu uczciwy ze mnie banita był! Tfu! Jest! Tamci szybciej się pozbierali, im łatwiej bo w mrokach widzieć coś mogli. A ja? Kurwa! Oślepłem! Przecież tam w jaskini też ciemno było, ale coś tam widziałem. A tu nic! Siadłem na ziemi i rozpaczać zacząłem. Zimno i wody się opiłem to mi na głowę poszło. Ale wtedy żem tego nie wiedział. Tamci zaczęli się kręcić i mówią, że tam dalej to nie jaskinia tylko jakiś korytarz się zaczyna. I że do jakiś starych drzwi doszli. Wstałem i po omacku dołączyłem do pozostałych. Z ziemi tylko trochę żwiru nazbierałem. Rolf mi zawsze mówił, żeby szanse w bójkach zawsze na swoją stronę przeważać. I tak żem se pomyślał, że jak ja nic nie widzę a cosik na mnie wyskoczy, to mu po gałach piachem sypnę, żeby chociaż sprawiedliwie było. Doszurałem do pozostałych o oni się z tymi drzwiami mocują. Najpierw człowiek, potem elf. Ale nie idzie im to za dobrze. A ja do drzwi zawsze dryg miałem. Jak raz się taka jedna gospodyni zamknęła przed nami banitami, to cały obóz próbował, a tylko mnie drzwi puściły. Ech fajna była ta gospodyni… Pulchniutka… Jak se przypomnę… Najpierw trochę wierzgała - dla zasady, ale jak zobaczyła co z portek wyciągam to o jeszcze wołała.
Co mówisz Arturze? A tak drzwi. Wybacz rozmarzyłem się. Drzwi... Domacałem się gdzie futryna gdzie drzwi, gdzie zawiasy. Zaparłem się. Aż mi żyłka na czole wyszła. Ale czuję idą. To dawaj je jeszcze mocniej. I puściły! Aż drewno zawyło jak je ruszyłem. I tak se myślę – drewno suche, trochę spróchniałe. A może by tak ogień spróbować? Wyciągnąłem spod kapoty sakiewkę ze świńskiego pęcherza. Sprawdzam w środku. Sucho! No to w domu jestem. Dechy kawał ułamałem i dawaj ją strugać na trociny. A nuż widelec się zapali! Tamci poszli na zwiady a ja po ciemku siedzę i strugam. Żaden mi nie pomógł! Nastrugałem sporo. Dość będzie. Podłożyłem hubkę, uderzam krzesiwem. Za trzecim razem wyszło. Zajęło się – pali się. Mamy Ognisko! Wołam. I dawaj rozdziewać się, przemoczone ciuchy suszyć. Wyjąłem kociołek, nabrałem wody i na ognisku postawiłem. Jak się zagotuje to się wszyscy wrzątku napijemy. Cieplej będzie i przyjemniej. Tamci zeszli do mnie i mówią, że u góry to jakaś wieża, czy strażnica, ale w ruinie. Wrota wejściowe zabarykadowane na amen, ale do góry są schody i jakaś drabina na dach. Ja im na to - Napijcie się przyjaciele. Zagrzejcie, wysuszcie. Toż to wieża nam nigdzie nie ucieknie, a mnie w butach woda chlupie. Posłuchali. Jak ich bliżej poznać to rozsądne chłopaki z nich są.  Jakeśmy się oporządzili zaczęliśmy przeszukiwać pomieszczenie za pomieszczeniem. Nic szczególnego nie znaleźliśmy. Baszta wyglądała na opuszczoną bardzo dawno temu. Na sam koniec, została drabina na dach. Zwieńczona klapą. Elf zgłosił się na ochotnika, żeby podważyć przeszkodę. Ustawiłem się pod spodem. Jakby leciał to może bym go złapał. Ale nie zleciał. Sprawnie klapę otworzył, jeszcze linę nam spuścił żebyśmy i my mogli wejść. 


A na dachu czekała na nas największa niespodzianka! Ech jak se przypomnę to mnie aż teraz trzepie. Cały szczyt wieży pokryty był plugawymi symbolami. Na środku w magicznym kręgu leżało ciało krasnoluda. Paskudnie go coś załatwiło. Wyglądało jakby dostał piorunem w pierś. A poprzebierany w jakieś dziwaczne ciuchy był. Jakby go Thorin z naszej bandy zobaczył to by chyba ze śmiechu w portki popuścił! Szybko splunąłem trzy razy przez lewe ramie! Przeżegnałem się, wykonałem znak młota na piersi, i na wszelki przypadek odmówiłem do bogini Shallyay - uciekamy się pod twoją opiekę… tylko soli nie miałem coby rozsypać. A tamci niby nigdy nic dawaj do plądrowania! Ten elf to jakieś piekielne nasienie. Nic się toto nie bało. Goniło po całym dachu. Nawet do magicznego kręgu wlazło, jakby do siebie do domu wchodził. A mnie aż się ręce ze strachu trzęsły. Jak do czarciego symbolu wchodził to schowałem się za klapą. I bogowie mi świadkami, że poczułem zapach jak po burzy, a w oddali dało się słyszeć grzmot. A przypominam, że krasnolud bynajmniej nie ze starości umarł. Znaleźliśmy kilka drobiazgów, księgę, którą zgarnął elf, niewielkie pudełko oraz dziennik krasnoluda. Dziennik zgarnąłem ja. Niestety wszyscyśmy niepiśmienni, więc to co wydarzyło się w tej wieży pozostaje dla nas tajemnicą. Jako, że bramy nie dało się odblokować w żaden sposób, powiązałem liny jak mi to kiedyś Rolf pokazywał i zeszliśmy po nich na dół. Nieopodal wieży, znaleźliśmy obozowisko tego krasnoluda z góry. A przy obozowisku wygłodniałego osła, którego nazwałem Artur. Mówi ci to coś Arturze mój kłapołuchu? 


No i jesteśmy tutaj na trakcie. Podsumowując. Na razie straciliśmy większość ekwipunku nie zarobiwszy ani grosza. Prawdziwa z nas "Orżnięta Kompania". Ładnie brzmi, muszę zaproponować pozostałym. Hmmm... Na pewno lepiej niż Rude Kity! Zostałem napadnięty, przez bandę a właściwie armię orków. Która nie wiadomo skąd się wzięła tak blisko Middenheim. Poznałem dwóch delikwentów, którzy mi z daleka łowcami nagród albo handlarzami niewolników pachną. Co w przypadku banity jeden piernik czy sprzedadzą mnie w niewolę czy oddadzą władzą. Prawie się utopiłem. A na dodatek odkryliśmy miejsce jakiegoś plugawego rytuału. Mogło być gorzej? Pewno tak. Rolf zawsze powtarzał, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Ciekawe co mówił jak go na pal nadziewali? A teraz plątamy się po tym przeklętym lesie nie wiadomo dokąd. Choć mam przeczucie, że jeszcze tu wrócimy kłapouchu. A teraz to już sam nie wiem kto większy osioł jest. Ja czy ty? Bo tobie tytuł z urodzenia przysługuje a mnie? Banicie za bratanie się z dwoma łowcami nagród, to nie wiem czy tytuł osła, nie bardziej się należy. Ale niby mówią – najciemniej pod latarnią!
Oho wracają! Uśmiech proszę i nie zdradź mnie Arturku poczciwy…  

piątek, 14 sierpnia 2015

RPG BABY!!!



Heyka!


 Zanim ochoczo zabiorę się do bardziej ambitnych planów z poprzedniego posta, odrobina RPG!
Właśnie, nie przewidziało Wam się. RPG!!! BABY!!!



Gdy kilka tygodni temu Werter rzucił hasło „A może by tak zagrać w RPGa?” uśmiechnąłem się tylko z politowaniem. Ale pomysł z czasem nabierał kształtów i rumieńców. Nie mogę powiedzieć, że wszystko poszło jak po maśle, ale efekt jest taki, że jesteśmy już po pierwszej sesji.
 Prawdopodobnie za sukcesem pomysłu Wertera stało to, że odwołał się do absolutnej klasyki. Czyli do naszego pierwszego prawdziwego systemu RPG. Czyli do Warhammera pierwszej edycji. System napakowany wadami jak porządny sernik rodzynkami, ale jednak pierwszy.



Muszę mu przyznać, że zagrał na właściwej nucie.
Niczym Indiana Jones udałem się do piwnicy i zacząłem grzebać w najstarszych pokładach fantastyki. Po przekopaniu się przez odmęty piwnicy i odkurzeniu woluminu w czarnym segregatorze, byłem gotów odświeżyć sobie pamięć. Muszę Wam powiedzieć, że lektura podręcznika po tak długim czasie przypominała spotkanie ze starym znajomym, którego nie widziałem już chyba z 15 lat! Od razu przypomniałem sobie ile godzin spędziłem myszkując po tej księdze, a wyobraźnia pobudzona  tym spotkaniem zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Siadłem do klawiatury i zacząłem pisać historię postaci. W międzyczasie otwarłem ogromne pokłady Internetu i zacząłem wyszukiwać grafiki, które nadawałyby się na ewentualnych bohaterów do gry. W ten sposób powstał nowy katalog na pulpicie „LISTY GOŃCZE”. Pomysłów miałem sporo. Jako, że ostatnio w ucho wpadła mi jakaś szanta, na początek postanowiłem zostać piratem. Ale potem przypomniałem sobie ostatni film z serii Piratów z Karaibów i jak nisko można upaść w tej tematyce, i zmieniłem koncepcję na uczciwego banitę. Zresztą efekty poczytajcie sami!

Cicho… Cicho… Mówię ZAMKNIJ KURWA MORDĘ! Rzuć broń!
Czujesz ten wichajster na plecach? To ostatnia pamiątka po moim tatusiu. Bo widzisz mój tatuś był rzeźnikiem, i to nie byle jakim! Sam Hrabia mięso u niego zamawiał. A tego wichajstra używał do zażynania świń!
Dobra otwórz drzwi, wchodź do środka. Pięknie. Teraz pod ścianę! I cicho! Słyszę konie…
Słyszysz? Właśnie! Patrol przejechał, a ty byłeś cicho. Dobrze to o tobie świadczy, pożyjesz jeszcze trochę…
Ale wracając do tematu… Bo wiesz taką świnie to wcale nie tak łatwo zabić. Pewnie - niektórzy walą świninę w łeb wielkim młotem. Ale czasem gorzej trafisz i świnia wierzga jak oszalała… W końcu trudno się jej dziwić – walczy o życie. Wiesz? Świnie to całkiem mądre zwierzaki są, nie to co ludzie… Jak taką świnię źle trafisz młotem to strasznie wierzga a co gorsza strasznie się denerwuje. A potem tym strachem mięso przechodzi i gorzej smakuje. Ale tatuś był mądry i  miał na to sposób… brał taką świnię ze sobą. Prowadził spokojnie, mówił do niej cały czas, nawet czasem pogłaskał po ryjku. I jak widział, że świnia jest spokojna… CIACH! Wichajster prosto w serce!  Zanim świnia się zorientowała było już po wszystkim!
Nie bój się. Przecież widzę jak na mnie patrzysz. Przecież cię nie zjem! Wali mnie jak będzie smakowała twoja padlina. Dziś jest twój szczęśliwy dzień bo jedyne czego od ciebie potrzebuję to twoje ubranie. A Ty założysz moje. Jak masz na imię? Klaus… ładnie, podoba mi się. A nazwisko? Kohler? Mów głośniej!  Czyli Klaus Kohler? A skąd pochodzisz? Witenberg?... Nie słyszałem. No dalej rozdziewaj się! Do gołego! Spodnie też… Ja mam na imię Otto. Otto Metzger, po tatusiu.
I jak pewnie się już domyśliłeś należę do bandy RUDYCH KIT! Bogowie! Rude kity! Kto wymyśla taką nazwę dla bandy? I jeszcze te stroje. Kurwa od początku mówiłem, że to kurewsko kiepski pomysł z tymi strojami. Przecież na milę widać, że z bandy pierdolonych RUDYCH KIT. Ale nie! Kurwa! Zachciało się szefowi rewolucji to teraz ma! Jak mu drąga do dupy będą wpychać to se przynajmniej może trochę tych haseł pokrzyczeć. Egalite fraternite liberte… bo to Bretończyk był… Wiedziałeś?
A ja uczciwie rabować tylko chciałem… wiesz? Bo wszystko się spierdoliło dobre pięć lat temu.
Jak mówiłem wcześniej ojciec był rzeźnikiem u Hrabiego. Ale Hrabia wdał się w wojenkę, i chuj przegrał! A jak przegrał to przyjechał podjazd i zaczął palić gwałcić i rabować. A że dwie piękne siostry miałem to się od razu za ich dupcenie wzięli. No i tatko wypadł na nich ze swoim tasakiem i wichajstrem. Załatwił dwóch zanim go zaszlachtali! Tak mi sąsiedzi mówili bo jedyne co znalazłem w pogorzelisku po tatku i siostrach to ten jego wichajster.  A gdzie ja byłem wtedy zapytasz? Ano w lasach siedziałem bo jak nas wojska barona pod brodem rozbiły to w las spierdalaliśmy. Bo wiesz? Jak ten ostatni kiep się do armii Hrabiego zaciągnąłem! Uwierzysz? Ja w armii! Tyle tylko że krótka to była służba. Dali mi pikę. A może to była kopia? Kurwa nie pamiętam! Sierżant kazał zaostrzone we wroga skierować i kuć puki się rusza, a jak przestanie to skierować w następnego. Powtarzać do wyczerpania wrogów. Kumasz? Takiego słownictwa używał! A ja co trzecie słowo rozumiałem może. Te komendy to jakiś sekretny język chyba. I tyle tego treningu było. I poszliśmy. Za Hrabiego! Ech młody, głupi byłem. Lat pewnie tyle co ty miałem. No i dali nam łupnia pod brodem…
Dobra a teraz zakładaj moje ciuchy. I słuchaj dalej bo mnie na gadane zebrało…
Ze mną w szeregu był taki chłopak z sąsiedztwa. Stał koło mnie tyle co ty tutaj stoisz. Padła komenda: FRONTEM DO BRODU! A ja się kurwa zastanawiałem co to znaczy frontem! Ustawiliśmy się jako tako gdy nagle z za wzgórza wyjechała konnica barona. Widziałeś kiedyś Imperialną Konnicę? Piękna sprawa… Tyle że tym razem to ja byłem po drugiej stronie. Ścieli nas jak kłosy zboża na żniwa. Chłopak koło mnie stracił głowę. Rozumiesz? Dosłownie stracił głowę! Przejeżdżający rycerz  ściął ją jednym cięciem. I wyobraź to sobie głowa poleciała prosto na mnie! Oblała mnie juchą od stóp do głów. I tyle mnie widzieli na tym polu bitwy. Jak bóg mi świadkiem jak jeszcze kiedyś znajdę się na polu bitewnym to sam się na swój miecz nadzieję – będzie szybciej i lżej! No i poszliśmy w lasy. Było przejebane! Dwa dni jeszcze ludzie barona nas szukali i wyłapywali jednego po drugim. A jak cię złapali to cyk… i już dyndałeś na gałęzi. Żeby tego było mało to zwabione zapachem krwi z pól bitewnych z głębi lasu zaczęły wyłazić różne stwory. Na początek było ich mało ale później pojawiły się większe bestie. I ludzie barona musieli zrezygnować z pogoni za nami, i sami wzięli nogi za pas. To były ciemne dni… Ech byłeś kiedyś w głębokim lesie? No właśnie A ja byłem – nie polecam!  Wtedy dołączyłem do grupki maruderów. Zebraliśmy się razem w dwunastu. Przez las przeszło nas pięciu. Nie było gdzie wracać więc zaczęliśmy rabować na gościńcach. Szło nam nawet dobrze dołączyło do nas trzech banitów podobnych do nas. I wtedy natknęliśmy się na pierdolone Rude Kity.
Na początek było jak zwykle, jak się dwie konkurencyjne bandy spotykają. Jesteście na naszym terenie! Ten trakt jest za mały dla nas dwóch. Kitom już wtedy przewodził Armand. Ten Bretończyk. Podobno był z jakiegoś wysokiego rodu. Na pewno gadał jakby był z szlachty. Wyzwał naszego herszta na oficjalny pojedynek! Wyobrażasz sobie? Środek lasu leje jak z cebra a on się naszego herszta pyta o sekundanta! Ech trzeba mu przyznać jednak, że mieczem to on umiał robić. Rachu ciachu i już byliśmy w bandzie Rudych Kit. Z początku było fajno. Zastawiało się drogę jakimś drzewkiem potem czekało na kupców, no i na koniec spierdalało przed strażnikami dróg. Taka rutynka. Parę ładnych latek mi tak przyjemnie minęło. Poznałem wtedy Rolfa. Rolf był doradcą Armanda. Ale swój chłop. Uratowałem mu raz życie jak nas łotry barona w zasadzkę wzięli. Wziął mnie później na bok, i mówi mi. Słuchaj mnie młody. Widzę, że łeb masz na karku. Spieprzaj z tond póki możesz. Tutaj nie ma przyszłości. Armand chce postawić się baronowi. Jeszcze zbiera siły, ale jak poczuje się mocny, wda się w wojnę, której nie może wygrać. Poza tym co cię  tu dobrego czeka? Na starość zaczną cię boleć kości, zimą złapiesz jakieś choróbsko a na wiosnę nie będzie już Otta. Wtedy go nie słuchałem ale pół roku temu na wiosnę Armand przemówił na rynku w Koch. I wtedy już wiedziałem, że Rolf miał rację. Co innego kupcom gotowiznę gwizdnąć a co innego dać pola wojsku barona. No i stało się. Ubrał nas w te cholerne mundurki, co masz teraz na sobie, ogłosił że wszyscy ludzie są równi, wolni, i takie tam inne pierdoły. Myślał że spowoduje powstanie biedoty. A biedota jak zwykle wypięła dupę i dała się wyruchać. No i jesteśmy tu i teraz. Nie ma już Armanda. Nie ma Rudych Kit. Baron ozdobi Kitami kilka traktów i ogłosi wielkie zwycięstwo. Ale ja będę już daleko stąd. Wiesz mam jeszcze starszego brata. Jak byłem jeszcze mały wyruszył na trakt. Od tamtego czasu nie miałem żadnych wieści od niego. Myślę że go poszukam… 
I tu kończy się moja opowieść. Kończy się też twoje szczęście…  CIACH!!!
(Słychać zadawany cios i ostatni oddech więźnia)
Bo widzisz Klaus… ilość rudych kit na palach musi się zgadzać. Wiesz co by się działo gdyby zabrakło jednego ciała? Wiesz ile koron baron musiałby wydać żeby mnie odszukać? A tak strażnicy znajdą twoje ciało w strumieniu za tą chatą. Niestety buźkę będziesz miał tak poharataną że nikt cię nie rozpozna a pechowo dla ciebie jesteśmy tej samej postury… Sztuka jest sztuka. Przykro mi Klaus. Polubiłem cię, ale siebie lubię bardziej. Ale Nie martw się! Twoje imię nie zostanie zapomniane! Wiesz? Bardzo mi się spodobało a ja w nowym miejscu będę potrzebował nowego imienia.




Klaus Kohler z Witenberg.

 


Cholera muszę się dowiedzieć gdzie to jest, żeby głupio nie wpaść… Dość gadania. Czas na golenie!!!


ktoś łapie dwie sroki za ogon

Heyka!

ktoś łapie dwie sroki za ogon
ktoś chwyta dwie sroki za ogon
ktoś ciągnie dwie sroki za ogon
ktoś trzyma dwie sroki za ogon

  • Definicja:

    ktoś próbuje wykonywać kilka czynności jednocześnie

Witam ponownie…
Jest niewymownie, ciśnie się samo na usta za kiczowatą piosenką sprzed lat. Zryw będzie prawdopodobnie krótki, ale mam nadzieję, że treściwy. Na prośbę Majkiego o wznowienie bloga, z początku zareagowałem dość sceptycznie. Czyli zbyłem ironicznym uśmieszkiem. Ale później pomyślałem:
-Cholera zaraz, przecież co do sesji RPG miałem dokładnie to samo uczucie, a właśnie na sesji Majki przypomniał mi o blogu.
Więc może i tu warto spróbować. Dawno mnie tu nie było a podziało się całkiem sporo. Jak już pewnie zauważyliście, udało nam się wreszcie zorganizować, i rozpoczęliśmy kampanię(?) w Warhammera. Pytajnik jest dlatego, że odbyła się dopiero pierwsza sesja. A że jestem dość sceptyczny co do tej idei, to poczekam na dalszy rozwój wypadków. Co nie znaczy, że do sprawy podchodzę z dystansem. Można powiedzieć, że dość się zaangażowałem. Co w następnym wpisie udowodnię.




A co z tymi srokami z tytułu zapytacie? Ano właśnie siedzę sobie i dumam nad marnością życia mojego. A właściwie nad moim słomianym zapałem. I nad ilością projektów hobbistycznych, które mam rozpoczęte. A co do których nigdy nie starcza mi wytrwałości, żeby je zakończyć.
Próbowałem sobie przed chwilą poukładać w Excelu, wszystkie otwarte wątki, i w momencie gdy myślałem, że lista jest już zamknięta przypomniałem sobie o dwóch dodatkowych. A gdy piszę te słowa do głowy wpadł mi jeszcze jeden rozpoczęty projekt, schowany gdzieś na dnie szafy w piwnicy.



Pomyślałem, że fajnie by było opisać wszystkie te projekty na blogu.
Dałoby mi to świetny pretekst, aby poodkurzać, przeszukać, posegregować, uporządkować, a i pochwalić się całemu światu – czyli garstce czytającej tego bloga – jakież to pomysły zakwitły swego czasu w mojej główce.
Ale po kolei, może na początek lista projektów. Kolejność dowolna, aczkolwiek zaczynam od tych, które mam aktualnie na tapecie. I tu już będę miał problem, bo jak zwykle jedna armia na system to dla mnie za mało, więc w punktach przywołam jedynie system, a w podpunktach armie, które posiadam. (w mniejszym lub większym stopniu) Acha! Ograniczam się tylko do tematyki gier bitewnych. RPG, światy wirtualne, gry karciane, i inne sprawy na razie pomijam.

               1.       Bolt Action
                           Armia Sowietów
                           Armia Amerykanów na Pacyfiku
               2.       X- Wing
                           Rebelia
                           Imperium
               3.       Mordheim
                           Reiklanders
                           Marienburgers (?) wyszły mi burgery :-) a chodziło o Najemników z Marienburga
               4.       Warhammer 40 000
                            Imperial Fists
                            Black Templars
                            Tyranids
                            Orks
                            Tau
                            Demonic Guard (Astra Militarum opanowana przez Chaos)
              5.       War Zone
                            Capitol
              6.       Gorkamorka
              7.       Necromunda
                             Van Saar
              8.       Flames of War
                             Sowieci
                             Niemcy
                             Brytyjczycy
                             Amerykanie

Kurde całkiem imponująca ta lista się zrobiła. A to tylko projekty, które aktualnie posiadam. Nie wspominam nawet o modelach, które przeszły przez moje ręce ale zostały już sprzedane...
Ok plan jest taki: Rozpoczynam właśnie urlop, i do każdego z punktów postaram się napisać, po jednym poście, okraszonym zdjęciami modeli w moim posiadaniu. Co z tego wyjdzie sam jeszcze nie wiem, ale plan jest. A na razie żegnam Was ciule.
Pozdrawiam wszystkich czytających.
CZEŚĆ!!!

Ps. Dziś rano się obudziłem ze strasznym uczuciem, że pominąłem coś w liście...
      9. Epic!!! (sponsorowany przez literkę M jak Majki)